IPrzedstawienie Donalda Trumpa to dziwna okazja, aby porozmawiać o pokorze. Mówiąc delikatnie, pokora nie jest cechą, z której słynie były prezydent. Ale Sarah Huckabee Sanders, była sekretarz prasowa Trumpa i obecna gubernator Arkansas, postanowiła we wtorek wieczorem na scenie w Michigan rozmyślać o pokorze. Opowiedziała historię o tym, jak patrzyła, jak jej córka przygotowuje się do tańca ojciec-córka, i o chwili, gdy jej córka odwróciła się do niej i powiedziała: „Wszystko w porządku, mamusiu. Pewnego dnia ty też możesz być ładna”.
„Moje dzieci sprawiają, że jestem skromny” – powiedział Sanders o tej wymianie zdań. „Niestety, Kamala Harris nie ma nic, co by ją skłaniało do pokory.”
Był to najnowszy z serii ataków Republikanie na temat bezdzietnych Amerykanów oraz bardziej bezpośrednie komentarze osób wspierających Trumpa, sugerujące, że Harris jest moralnie podejrzana i niekwalifikująca się do sprawowania władzy, ponieważ nie urodziła dziecka.
To jest zwykle linia JD Vance’a. Kandydat na wiceprezydenta i senator z Ohio był najbardziej widoczną twarzą republikańskiego pro-natalizmu, odpowiadając na uchylenie Roe v Wade przez kontrolowany przez konserwatystów Sąd Najwyższy serią publicznych oświadczeń mających na celu poniżenie bezdzietnych kobiet i orędowanie za ich zmniejszonym obywatelstwem.
To właśnie Vance wyśmiewał wybitnych Demokratów, nazywając ich „bezdzietnymi kociarami”, a dorosłych bez dzieci określał mianem „socjopatyczny„i zasugerował, że Amerykanie, którzy się nie rozmnożyli, powinni mieć mniej głosów. To, że Sanders, postrzegany głównie jako następca chrześcijańsko-konserwatywnego skrzydła partii, przyjął tę pronatalistyczną retorykę, wskazuje, że inne sekcje Partii Republikańskiej są gotowe uczynić mizoginiczną pogardę dla bezdzietnych kobiet centrum swojej strategii kampanii.
Zwolennicy Harris szybko wskazują, że wiceprezydent ma dzieci: ma pasierbów. Cole i Ella Emhoff, dzieci z pierwszego małżeństwa męża Harris, Douga Emhoffa, są częścią rodziny Harris od czasu, gdy byli nastolatkami; podobno czasami nazywają ją „suchy”. (Ella Emhoff w szczególności stała się cel prawicowego gniewu za jej tatuaże, duże okulary i poczucie mody, które mogę opisać tylko jako „szykowny styl z piwnicy Ridgewood”: jej styl kobiecości, o czym prawica nieustannie nam przypomina, jest tym, czego nie pochwala.)
W ślad za wypowiedziami Sandersa, w których krytykował Harris za to, że nie jest matką, jej zastępcy w kampanii chętnie powoływali się na jej uwikłanie w kochającą i bardzo nowoczesną rodzinę patchworkową. Kerstin Emhoff, była żona Douga Emhoffa i matka pasierbów Harrisa, stanęła w obronie Harris na Twitterze. „Kamala Harris spędziła całą swoją karierę pracując dla ludzi, WSZYSTKICH rodzin” – napisała.
Te wysiłki, by naprawić republikańskie oszczerstwa na temat bezdzietności Harris, są wystarczająco prawdziwe i mają szlachetne motywy, jak i strategiczne. Warto na własnych warunkach potwierdzić prawowitość rodzin patchworkowych; i mądrze jest, w kampanii, w której przeciętni wyborcy mogą być przekonani przez apele do „wartości rodzinnych”, przedstawiać Harris jako oddanego członka kochającej się rodziny.
Ale odpowiedź, że Harris nie jest bezdzietna, pozostawia nietkniętą sugestię prawicy, że byłoby to problemem, gdyby była. I pozostawia nietkniętą niewypowiedzianą bigoterię, która ożywia te uwagi: ich twierdzenie, że kobiety, które poświęcają się czemuś innemu niż małżeństwo lub macierzyństwo, są w jakiś sposób podejrzane, niedoskonałe lub wadliwe.
Wydaje się niemal głupie, że muszę to powiedzieć, ale bycie rodzicem nie jest kwalifikacją do prezydentury. Gdyby nią było, nie jest jasne, jak dobrze wypadłby sam Donald Trump: dawna gwiazda reality show ma piątkę dzieci z trzema różnymi kobietami, podobno wielokrotnie wypowiadał się na temat swoich pociąg seksualny do swojej najstarszej córki, Ivanki, i tylko mgliście zdaje sobie sprawę z istnienia dwójki najmłodszych dzieci, Tiffany i Barrona.
Nawet pomijając kaliber ojcostwa Trumpa, pięciu prezydentów USA w ogóle nie miało biologicznych dzieci – w tym rzekomy bohater Trumpa, Andrew Jackson, i nie mniej osobista postać niż George Washington. To, co jest inne – i po prawej stronie obraźliwe – w przypadku Harris, to nie to, że nie ma biologicznych dzieci. To, że jest kobietą.
Jak dotąd perspektywa zostania pierwszą kobietą prezydentem nie odegrała głównej roli w sprawie Harris o jej własną prezydenturę. Poza kwestiami takimi jak wybór kandydata na wiceprezydenta (który, jak zakładano, musiałby być mężczyzną) i komfort Harris w mówieniu o aborcji (który, jak zakładano, jest konieczny, ponieważ jest kobietą), kampania w dużej mierze starała się zanegować znaczenie płci kandydata.
Być może dlatego, że po 2016 roku i zatłoczonych prawyborach w 2020 roku perspektywa kobiety na szczycie listy kandydatów na prezydenta nie wydaje się już czymś nowym; być może dlatego, że zespół Harris/Walz wyciągnął wnioski z kampanii Hillary Clinton z 2016 roku, że zbytnie skupienie się na wyborach jako możliwym osiągnięciu feministek może wywołać reakcję. Niezależnie od przyczyny, obecnie niewiele mówi się publicznie, ani w samej kampanii Harris, ani wśród ekspertów, o tym, jak posiadanie kobiety na stanowisku prezydenta zmieni pogląd Amerykanów na urząd – lub na samych siebie. Gdyby tak było, być może ktoś byłby skłonny powiedzieć to, co jest oczywiste: że komentarze takie jak Sandersa mają sugerować, że kobiety powinny siedzieć w domu i wychowywać dzieci, zamiast szukać stanowisk władzy. Zamiast tego wszyscy zachowują się bardzo wyraźnie, jakby uważali, że płeć Harris nie ma znaczenia.
To ma znaczenie. A ta próżnia krytyki płciowej jest wypełniana, po prawej stronie, dużą ilością urazy płciowej. W miarę jak luka płciowa w amerykańskiej polityce nadal się powiększa, Trump, Vance i coraz bardziej reszta Partii Republikańskiej, której przewodzą, zaczęli papugować punkty rozmów z tak zwanej „manosfery”, zbioru forów internetowych i twórców treści, którzy promują mizoginię jako ideologiczny program.
Skrajnie prawicowy dryf młodych mężczyzn, jak się wydaje, w dużej mierze wynika z niepokoju o ich postrzeganą utratę statusu płciowego: ich strachu i gniewu, że mężczyźni nie są już bezsporni w swojej dominacji społecznej, a kobiety nie są już jednolicie zmuszone do służenia im. Co może być bardziej pocieszające dla młodych mężczyzn schodzących w ten rodzaj bigoteryjnej krzywdy niż pewna deklaracja, że kobiety, które nie organizują swojego życia wokół tradycyjnych ról, są bezwartościowe? I co może być dla nich bardziej groźne niż myśl, że kobieta może wznieść się na tę najwyższą pozycję patriarchalnej władzy – prezydenturę?


















