WNie możemy powiedzieć, że nie widzieliśmy ostatniej eskalacji między Izraelem a Izraelem Hezbollah nadchodzący. Co najmniej od 2015 r. trwa impas między Izraelem, Hezbollahem, Iranem a irackimi szyickimi siłami paramilitarnymi. Bezpośrednią przyczyną były wysiłki Iranu zmierzające do rozszerzenia swojej fizycznej obecności oraz obecności jego sojuszników w całej Syrii, a także w Libanie, aż do Wzgórz Golan Wysokości.

Izraelskie siły powietrzne konsekwentnie dążyły do ​​odcięcia irańskich dostaw rakiet i innej amunicji z Iraku przez Syrię, w szczególności do Hezbollahu. Były sukcesy. Jednak żaden z nich nie powstrzymał Hezbollahu przed wzmacnianiem się, ponieważ zdobył on bardziej wyrafinowane i celniejsze rakiety oraz znaczące doświadczenie bojowe w walce w Syrii po stronie reżimu Assada.

To, co się teraz zmieniło, to izraelskie obliczenia. Zdecydowana większość żydowskich Izraelczyków są pesymistyczni na temat możliwości zawarcia porozumienia kończącego konflikt w Gazie. Wiara, jaką mogli mieć, że negocjacje przyniosą trwały pokój, została zdruzgotana. Niemal na pewno prawdą jest, że premier Benjamin Netanjahu ma powody polityczne, aby przedłużać konflikt. Ale chociaż większość Izraelczyków prawdopodobnie wolałaby innego premiera, wielu nie chce przerywać wojny, dopóki nie pomyślą, że zarówno Hamas, jak i Hamas w szczególności Hezbollah – która powiązała swoje działania bezpośrednio ze Strefą Gazy – została zneutralizowana jako poważne zagrożenie.

A to dlatego, że za obiema grupami widzą Iran oddany ich zniszczeniu. Uważają, że piękne słowa nowego irańskiego premiera: Masud Pezeszkiani jego minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi przebywający w tym tygodniu w Nowym Jorku to po prostu kolejny przykład irańskiej dwumowy. Wiedzą, że Izrael sam nie może powstrzymać irańskiej wojny na wyniszczenie przeciwko nim. Ale jeśli uda im się przynajmniej unieszkodliwić Hezbollah i usunąć Hamas jako siłę militarną w Gazie, wówczas zmniejszą zagrożenie do możliwych do opanowania rozmiarów.

Wyraźnie pamiętam gorączkową działalność w ONZ w Nowym Jorku podczas Świąt Bożego Narodzenia i nowego roku 2008–2009, gdy zachodni sojusznicy starali się doprowadzić do zakończenia zawieszenia broni Operacja „Płynny ołów”. w Gazie. Izraelczycy byli głęboko niezadowoleni, że a podjęto uchwałę o zawieszeniu broni w Radzie Bezpieczeństwa i nie mieli czasu – jak to widzieli – na dokończenie dzieła. Jednak to, co w 2009 r. uważali za „dokończenie dzieła”, było kwestią ograniczonych działań karnych mających odstraszyć. Pomimo przerażających kosztów ludzkich tego konfliktu i ogromnych szkód dla pozycji Izraela na arenie międzynarodowej i regionalnej, większość Izraelczyków uważa, że ​​tym razem ma on naprawdę charakter egzystencjalny.

Brakującym elementem w tym wszystkim jest oczywiście to, jak David Petraeus zwykł pytać Irak: „Jak to się skończy?” Degradacja Hezbollahu jako siły bojowej to jedno. Zasadniczo jest to to, co Siły Obronne Izraela próbowały zrobić w różnych okolicznościach w 1982. Izrael może je wygrać bitwy. Ale ostatecznie nie może wygrać wojny, jeśli nie będzie miało wyjścia politycznego.

Składają się na to dwie kluczowe części. Jednym z nich jest usunięcie lub neutralizacja realnego zagrożenia egzystencjalnego ze strony Iranu. To w praktyce oznacza długoterminową perspektywę neutralizowanie Hezbollah. Drugim jest samostanowienie Palestyny ​​– które musi nastąpić w przypadku ważniejszych spraw w regionie (w szczególności dywersyfikacja gospodarcza, rozwój i integracja, walka z ekstremizmem i radzenie sobie z kryzysem klimatycznym) za możliwe do osiągnięcia.

Iran nie chce gorącej wojny. Myśli, że wygrywa wojnę na wyniszczenie, więc po co ryzykować? Hezbollah tak naprawdę też tego nie chce – zwłaszcza jeśli Izrael uniknie błędu stawiania butów na ziemi. Izrael prawdopodobnie również wolałby tego uniknąć. Od lat przygotowywała się do wojny z Hezbollahem i ma szereg opcji, z których może skorzystać przed inwazją. Jednak to wszystko niekoniecznie powstrzyma wojnę powszechną.

W szczególności Iran i Hezbollah będą musiały obliczyć, ile szkód mogą ponieść, nie tracąc zarówno zdolności krytycznych, jak i twarzy. Izrael musi mieć pewność, że będzie mógł odesłać 80 000 obywateli Izraela na północ bez obawy, że odniosą oni krzywdę. Problem z drabinami eskalacji polega na tym, że zwykle brakuje im kilku szczebli: tym razem wystarczyłoby, aby rakieta balistyczna trafiła w fabrykę amoniaku, na przykład w Hajfie, lub w osobę próbującą zamordować wyższego ministra. Nie jest dla mnie jasne, czy Wielka Brytania (a może ktokolwiek inny) może w istotny sposób wpłynąć na te obliczenia.

Miłe słowa pod adresem ONZ już nie mają znaczenia. I, jak widzieliśmy w przypadku najnowszego umowa zbrojeniowa i ogłoszeniu nowego rozmieszczenia marynarki wojennej, administracja Bidena po prostu nie zamierza porzucić Izraela w czasie wojny. Jedyne, co możemy zrobić, to pilnie zastanowić się, gdzie wspólnie chcemy być za pięć lat i opracować znacznie bardziej szczegółowo niż zwykle, jak to osiągnąć.

Nie chodzi tu tylko o USA i ich zachodnich sojuszników. Tym razem kluczowymi aktorami będą państwa Zatoki Perskiej – a przede wszystkim Arabia Saudyjska. Nagroda za normalizację z Izraelem nie zniknęła. Ale cena wzrosła. Z pewnością obejmie ono skuteczne powstrzymanie Iranu i jego sojuszników – oraz odpowiedź na prawdziwą, a nie tylko deklaratywną państwowość palestyńską. I tym razem musimy się trzymać. W przeciwnym razie ból, który teraz widzimy, po prostu nie zniknie. Będzie dużo gorzej.

Source link