In wystąpienie w tym tygodniu w dziennym talkshow The View, Kamala Harris zapytano, czym jej prezydentura będzie się różnić od prezydentury Joe Bidena. „Nic nie przychodzi mi do głowy” – powiedziała. Komentarz został podchwycony przez kampanię Trumpa, która wykorzystała go, próbując wykorzystać niepopularność Bidena i obwiniać Harrisa za kwestie, które wydają się najbardziej rozwścieczać i przerażać ich zwolenników, m.in. wysokie ceny konsumenckie i imigrację. Ale komentarz ten zirytował także niektórych członków kręgu samego Harrisa, a mianowicie młodych, postępowych i nie-białych wyborców, którzy byli zrozpaczeni cierpieniami zadanymi przez Izrael w jego wspieranej przez USA wojnie ze Strefą Gazy.
Jeśli Harris nie przychodzi jej do głowy, w jaki sposób różniłaby się od Bidena, ci wyborcy mogą mieć dla niej pewne sugestie. Podejście Bidena do Izraelw końcu była katastrofalna na wielu frontach. Była to katastrofa moralna, a szalenie nieproporcjonalna izraelska kampania masowych rzezi w Gazie doprowadziła do głodu, zarazy i dziesiątek tysięcy zgonów. Stanowiło to odpowiedzialność wyborczą, zniechęcając wyborców muzułmanów i arabów w Ameryce w kluczowym wahadłowym stanie Michigan oraz przygnębiającą frekwencję wśród młodych wyborców, na których Demokraci od dawna polegali i którzy odegrali kluczową rolę w zwycięstwie Bidena w 2020 roku.
Była to całkowita porażka strategiczna, gdyż Izrael rozszerza obecnie swoją wojnę na Liban, region znajdujący się na krawędzi konfliktu na dużą skalę między amerykańskimi i irańskimi pełnomocnikami, a cały świat patrzy, jak amerykańscy przywódcy nie wywierają żadnego znaczącego nacisku lub dostrzegalne konsekwencje dla małego kraju, który użył dużej liczby amerykańskiej broni, całkowicie ignorując instrukcje USA.
Był moment na początku wojny, kiedy wszystko mogło potoczyć się inaczej. Po tym, jak w atakach z 7 października zginęły setki niewinnych Izraelczyków, administracja Bidena podobno nalegała na ostrożność. Ale dopiero w lutym, jakieś cztery miesiące po rozpoczęciu wojny, większość Gaza został już zrównany z ziemią, a setki tysięcy ludzi przesiedlono na południe, że Biały Dom Bidena próbował powstrzymać Izraelczyków przed inwazją na Rafah, małe miasto przygraniczne na południu, z którego uciekli uchodźcy, opóźniając dostawę 2000-funtowych bomb.
Posunięcie to spotkało się z szerokim poparciem: Nancy Pelosi, niezbyt zagorzała zwolenniczka sprawy palestyńskiej, nalegała już wówczas na egzekwowanie wykonalnych warunków pomocy dla Izraela. Posunięcie to przyniosłoby także korzyść w postaci bardziej wiarygodnego dostosowania działań administracji Bidena do prawa amerykańskiego i międzynarodowego, które nakazuje państwom nie sprzedawać broni armiom takim jak Izrael, które prawdopodobnie popełniły zbrodnie wojenne.
Był to, delikatnie mówiąc, łagodny gest i nie miał żadnego wpływu na gotowość militarną Izraela: w sumie Ameryka wysłała ponad 10 tys takich bomb na Izrael w ciągu ostatniego roku, a było ich wiele spadł na Gazę. Do czasu, gdy administracja Bidena nawet ociągała się z wysyłaniem wsparcia wojskowego do Izraela, zamordowano już dziesiątki tysięcy palestyńskich cywilów. Jednak według doniesień gniew, jaki ten drobny akt nieprzestrzegania prawa wywołał wśród izraelskich urzędników i amerykańskiego lobby proizraelskiego, był tak intensywny, że administracja Bidena przestraszyła się.
Od tego czasu nie narzucono żadnych znaczących warunków pomocy wojskowej, a Izrael otwarcie lekceważył amerykańskie wysiłki zmierzające do deeskalacji, kontynuując brutalny atak na Gazę, rozpoczynając inwazję na Liban, w wyniku której przesiedlono około 1 milion ludzi, i próbując sprowokować Iran do otwartą wojnę – w którą, jak zdaje się wierzyć izraelski rząd Benjamina Netanjahu, Ameryka będzie walczyć w imieniu Izraela. Tymczasem cały świat obserwuje, jak każdy zagraniczny przywódca na całym świecie każdego dnia na nowo widzi ponurą rzeczywistość zmniejszonej amerykańskiej potęgi: Stany Zjednoczone, jak pokazała wojna w Gazie, ani nie dotrzymują obietnic, ani nie realizują swoich zagrożeń.
Jednak pomimo tego, że sposób, w jaki administracja Bidena poradziła sobie z wojną w Gazie, był druzgocący i zawstydzający na arenie międzynarodowej, był również niepopularny w kraju, co stwarzało realne zagrożenie wyborcze dla kampanii Harrisa. Protesty, które zeszłej wiosny wybuchły na amerykańskich kampusach, nie były jedynie dać upust skrajnej mniejszości; reprezentowały one zakrojoną na szeroką skalę mobilizację młodych ludzi moralnie oburzonych obrazami napływającymi z Gazy.
Ci młodzi wyborcy uważają administrację Bidena za współwinną ludobójstwa; zakładanie przez Demokratów, że to przekonanie jest nieszczere lub że ci, którzy je podzielają, pokonają tak poważny zarzut moralny i mimo wszystko zagłosują na Harrisa, wydaje się zarówno uprawnione, jak i niemądre.
Wydawało się, że Harris to rozumiała na początku swojej kampanii. Odmówiła udziału w przemówieniu Netanjahu przed Kongresem, kiedy tego lata przybył do Waszyngtonu, i wypowiedziała mocne słowa pod adresem izraelskiego premiera, gdy rozmawiali razem na konferencji prasowej. Harris wykonała także pozytywne gesty retoryczne w stosunku do trudnej sytuacji Palestyńczyków, wypowiadając miłe słowa w swoim przemówieniu na konwencji na temat niesprawiedliwości ich cierpień i ich prawa do samostanowienia. Ale w większości były to wszystkie te ruchy – słowa. Teraz Harris w większości przestał je wypowiadać.
Wyborcy to zauważyli. W szczególności mają to wyborcy arabsko-amerykańscy w Michigan. W lutym, kiedy w stanie Michigan odbyły się prawybory Partii Demokratycznej, ponad 100 000 głównych wyborców oddał „niezaangażowane” karty do głosowania w ramach ruchu protestacyjnego mającego na celu wywarcie nacisku na Bidena, aby zmienił swoje stanowisko w sprawie Gazy. Liczba niezaangażowanych głosów była kilkakrotnie większa niż margines zwycięstwa Bidena w stanie w 2020 roku. To niezadowolenie nie zniknęło. Z niedawnego ogólnokrajowego sondażu przeprowadzonego wśród wyborców arabsko-amerykańskich wynika, że Trump prowadzi z ponad czterema punktami przewagi w grupie, która w ostatnim cyklu głosowała przeważającą większością na Demokratów. Może to mieć szczególnie silny wpływ na Michigan, gdzie nowy sondaż Quinnipiac opublikowany w zeszłym tygodniu wykazał, że Harris ma trzy punkty przewagi nad Trumpem.
Harris może nie chcieć pozostawiać zbyt wiele światła pomiędzy sobą a urzędującą osobą, której pełniła funkcję wiceprezydenta. Ma jednak okazję zerwać z Bidenem w sprawie Gazy w ostatnich miesiącach kampanii – aby pokazać siłę i determinację na arenie międzynarodowej, okazać szacunek interesom kluczowej grupy wyborców i postąpić właściwie. Pomimo całej tendencji do traktowania Izraela jako światowego wyjątku, prawda jest taka, że styl rządów Netanhayu – jego bigoteria, korupcja, propagowanie brutalnego i wykluczającego nacjonalizmu – jest częścią szerszego nurtu skrajnie prawicowego autorytaryzmu.
Jest to ten sam trend, który Harris chce pokonać w swojej kampanii przeciwko Donaldowi Trumpowi. Przedstawiła się jako kandydatka z misją ożywienia porządku liberalnego, ochrony demokracji, przekształcenia Ameryki w kraj godny swojej globalnej potęgi oraz ucieleśnienia zasad odwagi, sprawiedliwości i równości, które czynią przywódców godnymi naśladowania. Ma szansę pokazać, że tak właśnie myśli.


















