To nie miało się tak skończyć.
Wyszedłem z surfingu, zakrwawiony i czułem się, jakbym właśnie poszedł na rundę z Mikiem Tysonem.
Młody Amerykanin robił zdjęcia Bondi Beach w ramach zajęć uniwersyteckich i zapytał, czy może zrobić mi zdjęcie.
Poznaj aktualności dzięki aplikacji 7NEWS: Pobierz już dziś
Spojrzałem na niego oszołomiony i lekko zdezorientowany, uśmiechnąłem się szeroko i po prostu zapytałem: „Czy nadal mam wszystkie zęby?”
„O Boże. Krwawisz. Ale tak, myślę, że tak.”
Biorąc pod uwagę, że musiałem przeczytać Sydney’s News o 18:00 w ciągu kilku krótkich godzin – to była ulga.
Świadomość, że potrzebuję lodu, i to szybko, bolała.
Z każdą sekundą czułem, jak moje usta i twarz puchną.


Zanim dotarłam do pracy i poszłam się pomalować, wyglądałam całkiem nieźle.
Ale nasze „wróżki” fryzur i makijażu – jak lubimy je nazywać – zabrały się do pracy.
Gdybyś usłyszał tę wiadomość, zobaczyłbyś mnie w odważnej, czerwonej szmince.
Nie jest to coś, co zwykle noszę w telewizji, ale to był jedyny sposób na ukrycie zakrwawionej, popękanej wargi.
Jeśli moje usta wyglądają na większe niż zwykle, przysięgam, że to nie jest nieudany wypełniacz do ust!
Po prostu spuchłem od uderzenia w twarz moim longboardem.
W tym momencie możesz zapytać, dlaczego w moim wieku miałbym zacząć surfować.
Dwa lata temu, po kilku dość intensywnych rozdziałach osobistych i dekadach określonych terminami zawodowymi, zdałem sobie sprawę, że muszę się na nowo skalibrować.
Niekoniecznie szukałem relaksu.
Chciałem czegoś fizycznego, uziemiającego emocjonalnie i stanowiącego wyzwanie – a jeszcze lepiej, gdyby rozpaliło to moją duszę.
Wszystko to znalazłem w surfingu.


Ocean to najbardziej wymagająca i nieskryptowana klasa, jaka istnieje.
Wymaga szacunku i obecności.
To jest jak praktyka w buddyzmie – poddanie się bezpodstawności, chwili.
Spycha na peryferie wszystkie inne zmartwienia i myśli.
Na początek samo wiosłowanie było wyczerpującą bitwą.
Wycierając się, popijając słoną wodę i walcząc o to, by dostać się do składu.
To było frustrujące.
Fale by mnie zrzuciły, znów wypłynąłbym na brzeg, upokorzony, tylko po to, by znowu ponieść porażkę.
W surfingu jest wiele niepowodzeń.
Ale pogodziłam się z porażką.
Mam w domu powiedzenie, które brzmi: „Porażka. Porażka ponownie. Porażka lepsza”.
I wtedy to się dzieje.
Idealnie wyczułeś wiosło, czujesz unoszącą się falę, stoisz na nogach, a potem szybujesz po wodzie.
Instynkt bierze górę, przechylasz biodra, a deska jedzie szybciej, pochylasz się, a deska się obraca i na kilka sekund zamienia się w taniec.
Czysty, radosny przepływ, który łączy Cię bezpośrednio z energią tego ogromnego oceanu.
To odurzające.
Nie będę kłamać.
Nadal czuję się dość poobijany i obolały.
Ale nawet nie pomyślałbym, żeby z tego zrezygnować.
Wszelkie niedogodności przyćmiewają radość, jaką przyniosło mi to nowe życie.
W przyszłym tygodniu wyruszam na moją trzecią podróż do Lombok, potem na Hawaje, do Meksyku i Malibu — wakacje na światowym poziomie, prawdopodobnie nie mam surfowania służbowego.
Ale i tak idę.
Ocean jest wspaniałym nauczycielem, a to kolejna dobra lekcja – przypominająca mi, żebym był odważny, obecny, ostrożny i zawsze pokorny.


















