Nniedługo po tym, jak trafił do magazynu Time Osoba Roku w 1999 roku Jeffa Bezosa powiedział mi: „Nie wybierali mnie tak bardzo, jak Internet i mnie jako symbol”. Ćwierć coraz bardziej mrocznego wieku później założyciel Amazona jest teraz symbolem czegoś innego: tego, jak ultrabogaci mogą zniszczyć wiadomości.
Redukcja miejsc pracy w branży, która boryka się z problemami finansowymi od czasu pojawienia się Internetu i zabiła jej model biznesowy, nie jest niczym nowym, ale brutalny ubój z zeszłego tygodnia setek dziennikarzy należącego do Bezosa „Washington Post” wyznacza nowy najniższy poziom. Zwolnienia ogłoszone pracownikom podczas rozmowy wideo, zwolnienie połowy biura zagranicznego (w tym reportera wojennego na Ukrainie) – nigdy od Promy P&O czy zwolnienia zostały tak źle potraktowane. Były niezłomny pracownik Poczty Pawła Farhiego opisał decyzję dotknęło to prawie połowę z 790 pracowników i oznacza „największą jednodniową eliminację dziennikarzy w ciągu pokolenia”.
Dlaczego to się wydarzyło, wciąż jest zaskakujące, przynajmniej dla każdego, kto nie mieści się w głowie jednego z najbogatszych ludzi na świecie. Marty Baron, były redaktor „The Post”, podświetlone „obrzydliwe” wysiłki właściciela, by zyskać przychylność Donalda Trumpa, w „studium przypadku dotyczącym niemal natychmiastowego, samookaleczonego zniszczenia marki”. Magazyn łupkowynależąca do rodziny Grahamów (poprzedni właściciele Poczty), oskarżył Bezosa „celowego przyspieszenia upadku (Posta)” z powodu „zewnętrznych interesów gospodarczych”, takich jak Amazon i jego firma kosmiczna Blue Origin. Być może zgodził się na drastyczne cięcia, bo pokazał, że naprawdę jest szefem, albo po prostu mógł. W każdym razie jego posiadanie „Washington Post” jest, jeśli zajdzie taka potrzeba, jeszcze większym dowodem na to, że posiadanie gazety nie wiąże się z pieniędzmi; chodzi o władzę i wpływy. Inaczej mówiąc, chodzi o politykę.
Bezos ze swoim majątkiem wartym 266 miliardów dolarów nie potrzebuje pieniędzy jakie może przynieść gazeta; jego wypłaty odsetek przynoszą „Washington Post” 100 milionów dolarów roczne straty wyglądać na błąd zaokrąglenia. Kupując gazetę w 2013 roku, w wieku Obamy, Bezos przekazywał pieniądze na premie dla reporterów, jednym ze swoich prywatnych odrzutowców latał zbierać reporter Jason Rezaian z irańskiego więzienia i udał się do Stambułu, aby wygłaszać przemówienie o zamordowanym publicyście Jamalu Khashoggi. Następnie, w pierwszej erze Trumpa, który nie ukrywał swojej niechęci do gazety znanej z obalenia skorumpowanych prezydentów, Amazon zaginiony rządowy kontrakt komputerowy o wartości 10 miliardów dolarów. Wynik pozwu obwiniony „niewłaściwa presja ze strony prezydenta Donalda J. Trumpa… mająca na celu wyrządzenie szkody jego rzekomemu wrogowi politycznemu – Jeffreyowi P. Bezosowi”. (Departament Obrony USA bronił swojego procesu selekcji, twierdząc, że nie było żadnych wpływów zewnętrznych.) Możliwość wykorzystania przez Trumpa innych środków do zalania strefy – mediów społecznościowych prowadzonych przez niego samego lub jego kumpli z branży technologicznej – uczyniła go jeszcze bardziej niebezpiecznym podczas drugiego przyjścia.
Wiadomości z zeszłego tygodnia były zwieńczeniem nowego nastroju w „Poście”, który rozpoczął się w 2024 r. Bezos wyznaczony po raz pierwszy outsider, brytyjski dziennikarz i dyrektor ds. mediów Will Lewis, został wydawcą w chwili, gdy sondaże zaczęły sugerować, że Trump zostanie 47. prezydentem USA. W okresie poprzedzającym wybory Bezos ciągnięty planowane poparcie „Post” dla Kamali Harris, demokratycznej rywalki Trumpa w wyborach prezydenckich, na tej podstawie, że poparcie to powoduje brak zaufania; i nalegał na bardziej przyjazną rynkowi orientację na swoich stronach z opiniami. Decyzja prowadził w ciągu kilku dnido opuszczenia gazety przez prawie 250 000 abonentów.
Tak czy inaczej, wszystko to zdaje się pokazywać, że nie można ufać niezwykle bogatym właścicielom branży informacyjnej, że przedkładają prywatne interesy nad dobro publiczne. Lub jako wielokrotnie nagradzana redaktorka Tina Brown mówi o klęsce Posta: „Celem posiadania pieniędzy typu „pierdol się” jest mówienie „pieprz się”, ale wygląda na to, że celem pieniędzy „pierdol się”, jest posiadanie ich więcej”. A jeśli irytująca gazeta, która poprawia twoją reputację, zaszkodzi twojej zdolności do zarabiania pieniędzy? Zabij to – lub przynajmniej pozwól, aby rozpłynęło się w kontrolowanej nieistotności.
Jakie są zatem alternatywy? Pomysłów nie brakuje tym, którym zależy na przyszłości dziennikarstwa. Jedną z moich ulubionych jest sugestia, że była żona Bezosa, MacKenzie Scott, mogłaby połączyć siły z innymi pierwszymi żonami miliarderów z branży wielkich technologii, takimi jak Melinda French Gates, i wykorzystać ich wypłaty rozwodowe na wspieranie „Post” zamiast na inne cele filantropijne.
Lepszym, choć równie mało prawdopodobnym pomysłem, byłoby utworzenie przez Bezosa ram prawnych chroniących gwarancje redakcyjne. Najlepsze gwarancje są wbudowane w własność opartą na zaufaniu, taką jak ta, z której korzysta Guardian. Mógłby po prostu wpłacić niewielki ułamek swojej fortuny wielkości planety w fundusz powierniczy i nie mieć z tym nic wspólnego.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest najbardziej przygnębiający dla każdego, komu zależy na wolności prasy. „The Post” będzie po prostu coraz mniej zajmował się tym wspaniałym dziennikarstwem, za które wychwalano go nagrodami Pulitzera, aż w końcu nikt nie będzie o nim myślał jako o dokument Watergate nie więcej.
Kryzys na Poczta Waszyngtona wyznacza punkt zwrotny w nowej epoce rozczarowania, epoce, w której ekscytacja początków sieci ustąpiła miejsca wstydowi i zdumieniu z powodu tego, jak wiele tracimy, pozwalając bogatym i wpływowym zabijać te części społeczeństwa, które sprawiają, że funkcjonuje ono lepiej.
-
Jane Martinson jest akademiczką i felietonistką Guardiana. Jest członkinią zarządu Scott Trust, właściciela Guardian Media Group, i pisze prywatnie


















