WKiedy w ubiegły piątek Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych głosował 6 do 3 za zniesieniem ceł Donalda Trumpa, był na to gotowy rozżarzony. Dwóch sędziów, których mianował – Neil Gorsuch i Amy Coney Barrett – zostało nagle przekształconych na stanowiska zdrajcy do przyczyny. Insynuował, że obaj znajdują się pod wpływem obcych interesów. Sąd orzekł, że cła przekroczyły uprawnienia przyznane przez Kongres USA na mocy międzynarodowej ustawy o nadzwyczajnych uprawnieniach gospodarczych z 1977 r. Panie Trumpie odpowiedział sięgając po prawo handlowe z 1974 r., powołując się na „problemy z płatnościami międzynarodowymi”, aby nałożyć 10% stawkę celną na 150 dni.
Pan Trump był formowane do lat 70-tych. Jego polityczne DNA ukształtowało się podczas kryzysów tamtej epoki i rządzi tak, jakby Ameryka wciąż tam była Era Nixona polityki szoku. W pewnym sensie istnieją podobieństwa. Mobilizacja polityczna wokół braku bezpieczeństwa gospodarczego nawiązuje do tamtego okresu, podobnie jak nieufność do elity władzy. To wyjaśnia, dlaczego wielu populistycznych polityków prawicy sięga do lat 70. XX w., co wpisuje się w nastrój upadku i rywalizacji oraz oferuje narrację o „odzyskiwaniu sił”. Na arenie międzynarodowej Trump postrzega świat także przez pryzmat rywalizacji przemysłowej i skarg handlowych z lat 70. XX wieku. Jednak dzisiejszy świat jest w znacznie bardziej sfinansowanym i współzależnym stanie.
Dlatego Trump nie może traktować dzisiejszego deficytu handlowego USA jako W stylu lat 70 kryzysy bilansu płatniczego. Stary system z Bretton Woods skończył się w 1971 roku. Dziś Ameryka nie działanie ze złota, aby spłacić swoich wierzycieli. W szczególności traci pozycję w bardzo złożonej produkcji na rzecz wschodzących rywali Chiny. Nie chodzi tylko o pana Trumpa. Pytanie nie brzmi, czy zachodnie rządy potrzebują polityki przemysłowej. Liczy się to, czy stać ich na to, żeby ich nie mieć.
Wiele G7 uprawnienie strach przed zesunięciem się po drabinie ekonomicznej. To zrozumiałe. Niższe szczeble są wypełnione nieszczęśliwymi narodami borykającymi się z twardymi ograniczeniami zewnętrznymi, takimi jak Sri Lanka. Pożycza w dolarach, importuje podstawowe produkty wyceniane w dolarach i musi zarabiać lub przyciągać dolary, aby przetrwać. Jeśli eksport się załamie lub kapitał ucieknie, waluta spada, co utrudnia import towarów. Gdy dany kraj nie może znaleźć wystarczającej ilości dolarów na spłatę swoich długów, do jego drzwi puka Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Obecny kryzys zadłużenia Sri Lanki zmusił kraj do wyrażenia zgody na 17. interwencję MFW od 1965 r., obejmującą jedną z najbardziej agresywnych metod programy oszczędnościowe w historii kraju. Żeby było jasne, Stany Zjednoczone nie borykają się z żadnymi twardymi ograniczeniami finansowymi. Nie potrzebuje eksportu, żeby spłacić swoje długi. Emituje walutę, w której spisane są te długi. Jeśli jednak zrezygnuje z kontroli nad zaawansowaną produkcją i kluczowymi technologicznymi łańcuchami dostaw, ryzykuje czymś innym: niższą produktywnością, słabszą dźwignią globalną i rozkładem wewnętrznym. To nie jest kryzys płatniczy. To kryzys władzy.
Historia pokazuje, że ryzyko jest realne. Wielka Brytania utraciła wiodącą pozycję w przemyśle do 1918 r., choć funt szterling przetrwał do lat trzydziestych XX wieku. Spadło to nie na jeden szok, ale na wiele: długi wojenne, malejąca waga gospodarcza, nadmierne rozciąganie imperialne i samookaleczenia deflacja. Ostatecznie zaufanie do nich zmalało Wielkiej Brytanii przyszłą zdolność do prześcignięcia konkurentów. Kapitał w coraz większym stopniu ciążył w kierunku rosnącej gospodarki amerykańskiej, co pociągnęło za sobą ustalanie cen i rozliczeń. Dziś Stany Zjednoczone są dominującą potęgą, która zastąpiła Wielką Brytanię. Dolar przetrwa dzięki zaufaniu do amerykańskich instytucji i innowacji. Trump niszczy jedno i drugie. Jeśli przywództwo technologiczne migruje, w ślad za nim podąży przywództwo zachodnie, a następnie amerykańskie.