„Zwycięstwo ma stu ojców” – zauważył John F. Kennedy po inwazji w Zatoce Świń – „a porażka jest sierotą”. Niepowodzenie Partii Demokratycznej w zapobieżeniu reelekcji Donalda Trumpa jest katastrofą o nieznanych jeszcze rozmiarach, a uwaga Kennedy’ego przypomina, że ​​wszyscy zaangażowani będą starali się uchylić od winy, gdy staną w obliczu wraku. Z moralnego punktu widzenia wina ta musi oczywiście zaczynać się od szacunkowych osiemdziesięciu milionów ludzi, którzy głosowali na Trumpa. Wybrali na powrót na urząd człowieka, który już raz próbował odrzucić głosy swoich współobywateli i który z pewnością próbowałby je wyrzucić ponownie, gdyby przegrał we wtorek. Kamala Harris musi wziąć na siebie część odpowiedzialności za swoją okrojoną i niewystarczającą kampanię. Jednak wśród Demokratów winę za zwycięstwo Trumpa w przeważającej mierze ponosi jedna osoba: Joe Biden. Rzeczywiście triumf Trumpa będzie prawdziwym prezydenckim dziedzictwem Bidena. Niewiele z reszty co osiągnął prawdopodobnie przetrwa kolejną kadencję Trumpa.

Najważniejszym powodem, dla którego ta porażka powinna spaść na barki Bidena, jest fakt, że jego upór w odmowie ustąpienia ze stanowiska kandydata Demokratów do lipca uniemożliwił zorganizowanie prawyborów i pozostawił Harrisa jako jedynego prawdziwego kandydata na jego miejsce. Wystarczająco dużo napisano o tym, jak Biden sapał podczas występów w kampanii, zanim w końcu przeciągnął swoje pożegnanie na tygodnie po fatalna letnia debata. Ale arogancja Bidena pozostaje zdumiewająca: na długo przed 2024 r. był po prostu za stary, aby w dobrej wierze prosić ludzi, aby utrzymali go na stanowisku do 2028 r. Mimo to zrobił to, zapewniając, że jego wiek stał się największą polityczną historią w historii pierwsza połowa roku. Wynik przygnębił Demokratów w całym kraju i pozwolił kampanii Trumpa zaatakować przeciwnika w sposób, w jaki nie była w stanie od 2016 roku.

Harris rozpoczęła swoją kampanię od wybuchu ekscytacji – w pierwszym miesiącu zebrała prawie pół miliarda dolarów – co sugerowało, że wyborcy Demokratów desperacko pragnęli jakiegokolwiek kandydata, który nie byłby Bidenem, a może po prostu jakimkolwiek kandydatem urodzonym po D Day. Gdy rozpoczął się jej wyścig z Trumpem, Harris miała kilka świetnych momentów, takich jak jej występ dyskusyjny. Wykazała się umiejętnością czerpania energii z dużych, hałaśliwych wieców i z prawdziwą pasją mówiła o dwóch najważniejszych kwestiach, jakie Demokraci mieli w tym cyklu – aborcji i 6 stycznia.

Mimo to nie była to idealnie przeprowadzona kampania, a ona nie była idealną kandydatką. Jej niechęć lub niezdolność do udzielania spójnych odpowiedzi w trakcie wywiadów – co doprowadziło do tego, że pracownicy trzymali ją w folii bąbelkowej aż do ostatniego miesiąca – doprowadziła do pewnych żenujących momentów, takich jak dziwna decyzja o odmowie zdystansowania się od Bidena w „The View” i gdzie indziej. Chociaż w ramach kampanii opublikowano szereg propozycji politycznych dotyczących „ekonomia opieki„Harris nigdy nie opracował wizji ekonomicznej, która przypadłaby do gustu wystarczającej liczbie Amerykanów. Trudno wyobrazić sobie kampanię prezydencką Demokratów w epoce powojennej, która wydawałaby się bardziej ograniczona w swoim przekazie lub bardziej reakcyjna, skupiając się na (wprawdzie niezliczonych) wadach swojego przeciwnika. Kiedy temat zeszł na politykę zagraniczną – czy to na Ukrainie, czy w Strefie Gazy – Harris nie mógł zrobić nic lepszego niż bełkotanie frazesów.

Wyobraźmy sobie zatem Kamalę Harris w prawyborach, w których odbywają się spory: ktoś, kto nie jest dobry w przeprowadzaniu rozmów kwalifikacyjnych, ma niewiele dobrze zakomunikowanych pomysłów politycznych (coś, co wydaje się obecnie mieć większe znaczenie dla wyborców Partii Demokratycznej w prawyborach niż dla elektoratu ogólnego) i która jest mało prawdopodobne, aby była postrzegana jako nadająca się do wybrania, ponieważ jest powiązana z – w rzeczywistości częścią – niepopularnej urzędującej administracji. Harris miałaby pewną przewagę pod względem rozpoznawalności i być może gromadzenia funduszy, ale niewiele z tego, co widzieliśmy w ciągu ostatnich kilku miesięcy, powinno skłonić kogokolwiek do myślenia, że ​​podstawowa kampania wypadłaby dla niej lepiej niż w 2020 r., kiedy rozpaliła się na kilka miesięcy przed oddaniem pierwszych prawyborów.

Można argumentować, że tegoroczne prawybory mogły sprawić, że Demokraci mieliby kandydata jeszcze słabszego od Harrisa. Zawsze było to możliwe, ale w Partii jest stosunkowo dużo popularnych gubernatorów i senatorów o wahadłowym stanie, z których wielu wczoraj wieczorem wyprzedziło Harrisa. (Dlaczego Harris nie wybrała żadnej z nich na swoją kandydatkę na wiceprezydenta, to inna kwestia). W każdym razie kandydatką spoza Harrisa byłaby prawdopodobnie osoba bez bagażu z prawyborów w 2020 r. – jej krótkie wsparcie dla Medicare na rzecz Wszyscy i dla luźniejszych ograniczeń imigracyjnych byli centralnym elementem reklam ataku w kampanii Trumpa – i kimś, kto pokazał, że potrafi wygrać wybory na polu bitwy.

Ale najważniejsza cecha, jaką miałby inny kandydat? Nie pełnił funkcji wiceprzewodniczącego najbardziej niepopularnej administracji od drugiej kadencji George’a W. Busha. Całkowicie rozsądne jest twierdzenie, że główną słabością Demokratów było to, że przewodniczył ogólnoświatowemu okresowi inflacji, który zranił już urzędujące partie polityczne o różnych ideologiach, od Wielkiej Brytanii po Japonię – jednym słowem, że był to wybór Republikanów na zwycięstwo niezależnie od kandydatów. Jednak powinien to być kolejny powód, aby wybrać kandydata zachowującego przynajmniej pewien dystans od obecnej administracji.

Tymczasem całkowicie nieprzydatna rola, jaką odegrał Biden po nominacji Harrisa, wraz z jego wpadkami i błędami na pniaku, tylko przypomniała ludziom, jak bardzo nie lubili urzędującego prezydenta. (Najbardziej niesławnym z nich był fakt, że Biden zdawał się nazywać zwolenników Trumpa „śmieciami”, przywołując „godne ubolewania” komentarze Hilary Clinton z 2016 r.). Być może nigdy nie dowiemy się, dlaczego Harris nie zerwał z Bidenem w większym stopniu i dlaczego w trakcie wielokrotnych porozumień podczas wywiadów nie chciała wrzucić go pod metaforyczny autobus, ale biorąc pod uwagę drażliwość prezydenta i poczucie własnej wartości, możliwe, że na poziomie osobistym Harrisowi było to trudne Do. Być może jest to argument na jej korzyść jako koleżanki i przyjaciółki, ale z pewnością szkodzi jej kampanii.

Wielu obrońców Bidena będzie argumentować, że choć te miesiące były makabryczne – zwieńczone katastrofą z tego tygodnia – pozostawił on po sobie dziedzictwo osiągnięć politycznych, które może konkurować z osiągnięciami Lyndona Johnsona i Franklina Roosevelta. Biden nadzorował ożywienie gospodarcze, które było niezwykłe według standardów międzynarodowych, i przyjął ogromną ustawę klimatyczną, tzw Ustawa o ograniczaniu inflacji. Rozpoczął nową erę egzekwowania prawa antymonopolowego i zbliżenia się do ruchu robotniczego oraz rozpoczął proces przywracania ważnych sektorów produkcyjnych do Stanów Zjednoczonych. Dokonał wielu ważnych nominacji, od federalnego sądownictwa po Rezerwę Federalną. Pomógł też zapobiec całkowitej aneksji Ukrainy przez Rosję.

Oczekuje się jednak, że Trump spróbuje wycofać lub uchylić ustawę o redukcji inflacji oraz unieważnić wszystkie działania administracji Bidena mające na celu regulację zmian klimatycznych. Nie ma powodu sądzić, że będzie miał z tym trudności, zwłaszcza że Republikanie są pewni utrzymania Izby Reprezentantów po zdobyciu już Senatu. Jeśli chodzi o Ukrainę i to, czy w ogóle będzie istnieć za kilka miesięcy, czy za rok, im mniej się powie, tym lepiej. Jedyny obszar ciągłości – poza aspektami polityki Chin, których mądrość dopiero się okaże – prawdopodobnie będzie dotyczył Izraela i Gazy, gdzie polityka Bidena była na przemian bezwładna i haniebna. Dziedzictwo, które Biden „pozostawia” po sobie, najprawdopodobniej będzie teraz marne.

Być może najlepiej będzie oceniać Bidena według standardów, jakie sam sobie wyznaczył. Pięć lat temu ogłosił, że impulsem dla jego kampanii w 2020 r. będzie pokonanie Donalda Trumpa i wszystkiego, co reprezentuje, co w opinii Bidena zostało (co zrozumiałe) uchwycone przez sposób, w jaki Trump obchodził się z marszem białej supremacji w Charlottesville w 2017 r. „W tym momencie” – powiedział Biden w nagraniu wideo rozpoczynającym jego kampanię, odnosząc się do niesławnej uwagi Trumpa „obie strony” – „wiedziałem, że zagrożenie dla tego narodu nie przypomina żadnego, jakie kiedykolwiek widziałem w życiu”. Kontynuował, upierając się, że „prowadzimy bitwę o duszę tego narodu” i że jeśli uda się utrzymać Trumpa na stanowisku zaledwie cztery lata, historia uzna te lata za „odbiegające od normy”. Ale – kontynuował Biden – „jeśli damy Donaldowi Trumpowi osiem lat w Białym Domu, na zawsze i zasadniczo zmieni on charakter tego narodu”. W dużej mierze dzięki Joe Bidenowi możemy teraz mieć tylko nadzieję, że się mylił. ♦

Source link