Wybranie Donalda J. Trumpa można było kiedyś odrzucić jako przypadek, aberrację, straszliwy błąd – z pewnością poważny, ale jednak zasadniczo błąd. Ale Ameryka już dwukrotnie wybrała go na swojego prezydenta. To katastrofalne odkrycie tego, czym naprawdę są Stany Zjednoczone, w przeciwieństwie do kraju, na jaki tak wielu liczyło. Jego zwycięstwo było zgodne z najgorszym scenariuszem – że skazany przestępca, chroniczny kłamca, który źle zarządzał śmiertelną pandemią zdarzającą się raz na sto lat, który próbował unieważnić ostatnie wybory i rozpętał brutalny tłum na Kapitolu, który wzywa Amerykę „koszem na śmieci dla świata” i który grozi zemstą swoim wrogom politycznym, może wygrać, a jednak w środowy poranek tak się stało.

Porażka Trumpa z Kamalą Harris nie była tak smutna ani tak niewyobrażalna, jak pokonanie Hillary Clinton w 2016 r. Ale była nie mniej szokująca. W większości kraju dotychczasowe przewinienia Trumpa były po prostu dyskwalifikujące. Zaledwie tydzień temu przed głosowaniem Harris wygłosiła przed narodem mowę końcową. Trump „spędził dekadę, próbując utrzymać podziały i strach Amerykanów przed sobą – taki właśnie jest” – powiedziała. „Ale Ameryko, jestem tu dziś wieczorem, aby powiedzieć: nie tacy jesteśmy”. Jednak miliony wyborców w najważniejszych stanach i tak go wybrały. Ostatecznie podżegająca retoryka Trumpa na temat najeżdżających hord imigrantów, jego postawa macho wobec przeciwniczki i obietnica ożywienia nękanej inflacją amerykańskiej gospodarki po prostu odbiła się większym echem niż wszystkie wykłady o jego licznych brakach jako osoby i potencjalnego kandydata na prezydenta. Prezydent.

Osiem lat temu, u zarania tego, co historycy będą nazywać w amerykańskiej polityce epoką Trumpa, ustępujący prezydent Barack Obama w słynny sposób zapewniał, że „to nie jest apokalipsa”. Prywatnie podsumował to, co stanie się konwencjonalnym poglądem w Waszyngtonie. Cztery lata Trumpa byłyby złe, ale da się je przetrwać – naród – powiedział grupie dziennikarzy zaledwie kilka dni przed inauguracją Trumpa – jest jak nieszczelna łódź, nabierająca wody, ale miejmy nadzieję, że nadal wystarczająco mocna, aby utrzymać się na powierzchni. Ostrzegł, że dwie kadencje Trumpa to zupełnie inna sprawa.

Cztery lata później, po tym jak Joe Biden pokonał Trumpa, Demokraci i malejące szeregi przeciwnych Trumpowi Republikanów popełnili fatalny błąd w kalkulacji, sądząc, że to Trump zatonął. Zbyt wielu z nich było przekonanych, że pycha i szaleństwo jego niechętnego odejścia z prezydentury zniszczyły go politycznie. Postrzegali go jedynie jako element poboczny – złowrogą postać na wygnaniu w Mar-a-Lago, niemniej jednak skompromitowanego przegranego, bez perspektyw powrotu do władzy.

Mylili się. Zasada nr 1 w polityce brzmi: nigdy nie lekceważ wroga. Wrogowie Trumpa pragnęli rozliczenia, aby Trump zapłacił prawną i polityczną cenę za szkody, jakie wyrządził amerykańskiej demokracji. Zamiast tego Trump dokonał teraz niewyobrażalnego zmartwychwstania. Nawet jego cztery akty oskarżenia posłużyły jedynie do ożywienia i wzmocnienia jego władzy nad Partią Republikańską, która obecnie bardziej niż kiedykolwiek koncentruje się na osobowości i skargach jednego człowieka. W 2016 roku na Trumpa głosowało prawie sześćdziesiąt trzy miliony Amerykanów; w 2020 r. ponad siedemdziesiąt cztery miliony głosów oddało na niego głos. W 2024 r. jest nawet możliwe – biorąc pod uwagę liczenie głosów z dnia na dzień – że Trump po raz pierwszy od trzech wyścigów zdobędzie w głosowaniu powszechnym bezpośrednie zwycięstwo. Mając takie wsparcie Trump, pierwszy prezydent od czasu Grovera Clevelanda, któremu przywrócono utracony urząd, poprzysiągł drugą kadencję zemsty i zemsty. Czy tym razem w końcu potraktujemy go poważnie?

Prezydent Biden zostanie w dużej mierze obciążony winą za ten katastrofalny wynik – odmawiając ustąpienia osiemdziesięciojednoletniego prezydenta, który cztery lata temu racjonalizował całą swoją kandydaturę, uzasadniając egzystencjalną potrzebę trzymania Trumpa z dala od Gabinecie Owalnym, w ogromnym stopniu przyczyniły się do powrotu Trumpa. Lekkomyślne naleganie Bidena na ponowne kandydowanie pomimo widocznych oznak starzenia mogło być najbardziej konsekwentną decyzją kampanii w 2024 roku. Kiedy pod koniec lipca w końcu ustąpił, po katastrofalnej debacie z Trumpem, czy było już za późno? To będzie hipoteza na lata. Politycy obu partii cały czas składają amerykańskiemu elektoratowi nierealne obietnice. Jednak ukryte założenie kandydatury Bidena mogło być jedną z najbardziej niestety niemożliwych obietnic wyborczych w historii – jak się okazało, nie było przywrócenia normalności ani powrotu do Ameryki sprzed Trumpa.

Harris szybko i w dużej mierze skutecznie zastąpił Bidena na liście Demokratów. Prowadziła dopracowaną, choć rozpoczętą z opóźnieniem kampanię przez kolejne sto siedem dni – krótki pęd do dnia wyborów, bardziej zwyczajowy w przypadku wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii niż podczas wieloletniej harówki niekończącego się politykowania, jakiego Amerykanie wymagają od swoich kandydatów. Jednak Harris, pomimo czterech lat na stanowisku wiceprezydenta, nie miał zbyt dużej tożsamości narodowej ani elektoratu, na którym mógłby się oprzeć. Została objęta przez swoją partię, zorganizowała huczną, pełną celebrytów konwencję w Chicago i wiwatowała po tym, jak pokonała Trumpa podczas ich jedynej debaty we wrześniu, ale ostatecznym skutkiem jej awansu był powrót wyścigu na właściwe miejsce. było przed implozją Bidena: impas.

Na kilka tygodni przed wyborami sondaże za sondażami w siedmiu stanach będących polami bitew wykazały różnicę w granicach błędu. W finałowym Five Thirty Eight Pensylwania i Nevada były martwe średnie sondaże; Michigan i Wisconsin zakończyły z jednopunktową przewagą Harrisa; natomiast Arizona i Gruzja wykazały lekką przewagę Trumpa. Nawet to, z perspektywy czasu, okazało się zbyt optymistyczne dla Harrisa, który w momencie ogłaszania wyborów przegrywał – nieznacznie, ale zdecydowanie – we wszystkich stanach będących na polu bitwy. Jej porażka w Pensylwanii – od dawna uważana za jej bastion, który musi wygrać – prawdopodobnie skłoni ją do lat zastanawiania się nad decyzją o pominięciu popularnego gubernatora stanu, Josha Shapiro, jako jej kandydatki na wiceprezydenta, na rzecz gubernatora Tima Walza bezpiecznej Demokratycznej Minnesoty. Jednak biorąc pod uwagę jej wszechstronną porażkę, być może nie miałoby to znaczenia.

Harris należy teraz do długiej listy urzędujących wiceprzewodniczących, którzy bezskutecznie próbowali zapewnić sobie awans; jej trudności w oddzieleniu się od zobowiązań wynikających z historii Bidena udowodniły, dlaczego tylko jeden z siedzących na drugim miejscu, George HW Bush, został wybrany na prezydenta od czasu, gdy uczynił to Martin Van Buren w 1836 r. Wydawało się, że zbyt wielu wyborców postrzegało Harrisa jako osobę skutecznie urzędującego prezydenta w wyścigu – w czasie, gdy znaczna większość Amerykanów wyraża niezadowolenie z kierunku rozwoju kraju. To właśnie – zdaniem Douga Sosnika, dyrektora politycznego Białego Domu za prezydenta Billa Clintona – jest powodem, dla którego dziesięć z dwunastu wyborów poprzedzających tę doprowadziło do zmiany kontroli w Izbie, Senacie i/lub Białym Domu.

W tym sensie zwycięstwo Trumpa było przewidywalnym wynikiem dla kandydata Partii Republikańskiej, być może nawet oczekiwanym. A jednak jakiego skoku bezmyślnej stronniczości i zbiorowej amnezji wymagało, aby jego partia przyjęła tego dwukrotnie postawionego w stan oskarżenia, czterokrotnie postawionego w stan oskarżenia i niegdyś skazanego oszusta z Nowego Jorku. Trump w 2024 r. nie był stałym kandydatem Partii Republikańskiej. Był odludkiem pod każdym możliwym względem. Być może w 2016 roku można było sobie wyobrazić, że wyborcy zdenerwowani status quo zobaczą Trumpa, znanego biznesmena, jako osobę z zewnątrz, która w końcu wstrząsnie sytuacją w Waszyngtonie. Ale to jest Trump po roku 2020 – starszy, bardziej wściekły i bardziej bluźnierczy Trump, który zażądał, aby jego zwolennicy przyjęli jego wielkie kłamstwo na temat ostatnich wyborów i którego kampania przejdzie do historii jako jedna z najbardziej rasistowskich, seksistowskich i ksenofobicznych we współczesnym świecie. historia. Jego hasło jest teraz otwarcie wymyślane przez siłaczy – tylko Trump może to naprawić – i wróci na urząd bez ograniczeń ze strony republikanów establishmentu, którzy rzucali mu wyzwanie na Kapitolu i z wnętrza jego własnego gabinetu. Wiele z tych osobistości, w tym jego wiceprezydent Mike Pence, odmówiło poparcia Trumpa. Najdłużej urzędujący szef sztabu Białego Domu Trumpa, emerytowany czterogwiazdkowy generał piechoty morskiej John Kelly, powiedział dziennikowi „The Times”. Czasy podczas kampanii Trump spełnił dosłowną definicję „faszysty”, a jednak nawet to nie wystarczyło, aby zniechęcić wspierających i ułatwiających działania w Partii Republikańskiej, którzy głosowali na Trumpa.

Nowy gang otaczający Trumpa nie będzie miał takich skrupułów jak Kelly. On się o to upewni. Jedna z głównych lekcji, jakie Trump wyciągnął ze swojej prezydentury, dotyczyła siły otaczającego go personelu; jego zięć Jared Kushner opuścił Biały Dom, stwierdzając, że złe decyzje personalne stanowią największy problem dla ich administracji. Wkrótce po odejściu Trumpa ze stanowiska przeprowadziłem wywiad z wyższym rangą urzędnikiem ds. bezpieczeństwa narodowego, który spędził z nim dużo czasu w Gabinecie Owalnym. Urzędnik ostrzegł mnie, że druga kadencja Trumpa będzie znacznie bardziej niebezpieczna niż jego pierwsza kadencja, szczególnie dlatego, że nauczył się, jak lepiej postawić na swoim – był, według urzędnika, niczym welociraptory z pierwszego filmu „Park Jurajski”: które okazały się zdolne do uczenia się podczas polowania na swoją ofiarę. Już teraz jeden z przewodniczących Trumpa w okresie przejściowym, miliarder Howard Lutnick, powiedział publicznie, że stanowiska w nowej administracji otrzymają tylko ci, którzy zobowiążą się do lojalności wobec samego Trumpa. Trump, który dwukrotnie udaremnił impeachment, nie będzie musiał się obawiać, że Kongres go powstrzyma, zwłaszcza teraz, gdy Republikanom udało się odzyskać kontrolę nad Senatem. Natomiast Sąd Najwyższy, ze swoją skrajnie prawicową większością ugruntowaną dzięki trzem sędziom mianowanym przez Trumpa, przyznał niedawno prezydentowi niemal całkowity immunitet w sprawie wniesionej przez Trumpa mającej na celu uchylenie skierowanych przeciwko niemu spraw po 6 stycznia.

Przez całą tę kampanię Trump celowo zachowywał się nieśmiało w stosunku do swojego ekstremalnego i radykalnego programu na drugą kadencję. Wyparł się Projektu 2025, dziewięciostronicowego planu rządowego, na którego czele stoi szereg jego byłych doradców, unikając szczegółów, które mogłyby zniechęcić wyborców w wahadłowych stanach. Trump powiedział na przykład, że nie jest już zwolennikiem ogólnokrajowego zakazu aborcji, mimo że obiecał podpisać dwudziestotygodniowy zakaz, gdy sprawował urząd po raz pierwszy. Projekt 2025, gdyby Trump przyjął jego propozycje jako własne, zawiera szeroki wachlarz sposobów dalszego ograniczania dostępu kobiet do aborcji, antykoncepcji i usług w zakresie zdrowia reprodukcyjnego.

Jednak program, w realizację którego Trump publicznie się zobowiązał, jest wystarczającym powodem do poważnego niepokoju. Powiedział, że rozpocznie „masowe deportacje” nielegalnych imigrantów, gdy tylko rozpocznie się jego nowa kadencja; że będzie dyktatorem przez jeden dzień, w którym zostanie zaprzysiężony, czyli 20 stycznia; że w jego imieniu ułaskawi tysiące „zakładników” z 6 stycznia, którzy wtargnęli na Kapitol Stanów Zjednoczonych w 2021 r.; i że pójdzie za swoimi przeciwnikami, politycznym „wrogiem od wewnątrz”, rozmieszczając armię amerykańską w celu stłumienia zamieszek wewnętrznych, a nawet sugerując, że Mark Milley, były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, który ośmielił się rzucić mu wyzwanie, nosząc amerykańskie mundurze, był winny zdrady stanu i zasługiwał na egzekucję. Nie można wykluczyć, że Trump szybko zastosuje się do wcześniejszych gróźb zwolnienia niezależnych urzędników, w tym dwóch osób, które później sam mianował – dyrektora FBI Christophera Wraya i Jaya Powella, prezesa Rezerwy Federalnej. Jeszcze przed inauguracją zwycięstwo Trumpa wstrząśnie sojuszami i ośmieli autokratów na całym świecie. Jaka moc będzie NATO5 gwarancji wzajemnej obrony zawartej z amerykańskim prezydentem, który publicznie oświadczył, że według niego Rosja może zrobić, co chce NATO członków, którzy, zdaniem Trumpa, nie płacą należnej części? A co z pogrążoną w walkach Ukrainą, której zdolność do dalszej walki z Rosją została wzmocniona miliardami dolarów amerykańskiej pomocy wojskowej, której sprzeciwiał się Trump? Trump obiecał, że może zakończyć wojnę w ciągu dwudziestu czterech godzin – jak tego dokona, jeśli nie będzie wywierał presji na Ukrainę, aby oddała Rosji skradzione terytorium w zamian za pokój na warunkach Władimira Putina?

Source link