Cokolwiek stanie się z Andrew Mountbatten-Windsorem, jedno jest pewne: nie może on już pozostać w królewskiej linii sukcesji.
Nawet jeśli wszystkie stawiane mu zarzuty okażą się bezpodstawne, nawet jeśli zostanie oczyszczony z wszelkich sugestii popełnienia przestępstwa, jedyną rzeczą, którą udowodnił ponad wszelką wątpliwość, jest to, że nie nadaje się ani moralnie, ani temperamentem na króla.
Nie jest jasne, do czego się nadaje. Co może zrobić człowiek, który całe 66 lat spędził w bańce uprawnień i przywilejów, gdy ta bańka pęknie?
Część mnie naprawdę coś do niego czuje. To zdjęcie przedstawiające jego powrót do Sandringham po 11 godzinach spędzonych w policyjnym areszcie pokazuje twarz mężczyzny pogrążonego w całkowitej rozpaczy. Niezależnie od tego, jak bardzo sprowadził to na siebie lub nie, jak bardzo zasłużył na swój upadek z łaski, nie ma wątpliwości, że ten człowiek odczuwa ból. Ale faktem jest, że nigdy nie będzie królem.
Nie można mieć kogoś, kto okłamywał brytyjską opinię publiczną po uszy, kto utrzymywał bliską przyjaźń ze skazanym pedofilem, cieszył się jego gościnnością i odwdzięczył się, kto rzekomo ujawniał poufne informacje rządowe i przymykał oczy na coś, co wydaje się być rażącym handlem ludźmi w celach seksualnych, nad kim od 15 lat wisiała toksyczna chmura podejrzeń, gdziekolwiek w pobliżu brytyjskiego tronu.
Nawet jeśli nic nigdy nie zostanie udowodnione, a on pozostanie wolnym człowiekiem, powiew korupcji, perwersji i ogólnego brudnego zachowania zupełnie nie przystoi członkowi brytyjskiego rządu Rodzina królewska zawsze będzie się do niego przywiązywać.
Odrażające obrazy Andrzeja, który na czworakach łypie wzrokiem nad leżącą na brzuchu młodą kobietą lub podaje piłkę w kształcie kobiecej piersi nieznanemu dziecku, nie zapadną w pamięć. Wyryły się w świadomości narodu.
Zdjęcia Ghislaine Maxwell, Harveya Weinsteina i Jeffreya Epsteina (jeden nie żyje, dwóch pozostałych skazanych przestępców seksualnych) uśmiechających się szeroko na 18. urodzinach swojej córki, podobnie jak zdjęcia jego przechadzającego się po Central Parku ze swoim „przyjacielem” („jesteśmy w tym razem”) lub uśmiechającego się do młodej kobiety w drzwiach domu Epsteina w Nowym Jorku.
Część mnie naprawdę mu współczuje, pisze Sarah Vine. To zdjęcie przedstawiające jego powrót do Sandringham po 11 godzinach spędzonych w policyjnym areszcie pokazuje twarz mężczyzny pogrążonego w całkowitej rozpaczy
Co może zrobić człowiek, który całe 66 lat spędził w bańce uprawnień i przywilejów, gdy ta bańka pęknie?
Te obrazy są niezatarte. Nie dowodzą winy, ale dają obraz charakteru mężczyzny. Podobnie jak słynne zdjęcie, na którym obejmuje ramieniem zmarłą Virginię Giuffre, kobietę, o której w wywiadzie, który później okazał się przesiąknięty kłamstwami, zaprzeczył, że kiedykolwiek ją znał. Kobiety, której zapłacił miliony w zamian za jej milczenie, ale której duch nawiedza teraz jego i wszystkich innych uwikłanych w tę obskurną historię.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nie ma mowy, aby pozostał ósmy w kolejce do tronu. To nie jest kwestia królewskiego protokołu; to kwestia przyzwoitości.
Czy możesz sobie wyobrazić Andrzeja siedzącego na krześle koronacyjnym w Opactwie Westminsterskim? Złożenie uroczystej przysięgi urzędowej, namaszczenie świętym olejem przez Arcybiskupa, dzierżenie berła i kuli oraz dzierżenie miecza sprawiedliwości? To po prostu nie do pomyślenia.
Nie ma mowy, żeby korona św. Edwarda kiedykolwiek spoczęła na głowie tego człowieka. Ten dzień oznaczałby koniec brytyjskiej monarchii.
Spójrzmy prawdzie w oczy, na przestrzeni wieków doświadczyliśmy kilku szokujących sytuacji. Zły król Jan, którego żądza pieniędzy sprawiała, że Sarah Ferguson wyglądała na nieśmiałą; Edward II, który sprzedał patronat królewski temu, kto zaoferował najwyższą cenę i ostatecznie został obalony przez parlament, a według legendy był to strategicznie umieszczony gorący poker; Ethelred Niegotowy – historia jest pełna takich monarchów, którzy udowodnili, że korona niekoniecznie czyni króla. Ale to nie są Wieki Ciemne (prawdopodobnie równie dobrze z punktu widzenia Andrzeja, biorąc pod uwagę karę za zdradę stanu). Nie może po prostu wysłać swoich wrogów do Wieży i kazać służbie upiec kolejnego wieprza na rożnie.
Nowoczesna monarchia w dobie mediów społecznościowych nie byłaby w stanie przetrwać kogoś, kto miał reputację tak zszarganą jak jego wstąpienie na tron. Doprowadziłoby to do publicznego oburzenia i, co być może, rewolucji.
Dlatego należy go usunąć z linii sukcesji. Będzie to wymagało ustawy parlamentu, ale to także przejaw zdrowego rozsądku, nie mówiąc już o samoobronie.
Król poczynił już pewne kroki, aby złagodzić szkody, usuwając tytuły Andrzeja i wyrzucając go z Loży Królewskiej. To była słuszna decyzja: ponownie, nawet jeśli zostanie uznany za niewinnego jakichkolwiek konkretnych zarzutów, ogólne zachowanie Andrew było tak niestosowne, że pozostawił bratu bez wyboru.
Gdyby jednak – nie daj Boże – rodzinę królewską spotkała straszliwa tragedia i Andrzej w jakiś sposób znalazł się w gorącym miejscu, to byłby koniec.
Aby tak się stało, naprawdę potrzebna byłaby katastrofa. Nie tylko jego brat będzie musiał pozbyć się tej śmiertelnej otoczki, ale także wszyscy Walesowie i Sussexowie.
To wyjątkowo mało prawdopodobny scenariusz. Przypuszczam, że teoretycznie jest możliwe, że wszyscy zostaliby zarażeni jakimś strasznym wirusem lub złapani przez dziwną klęskę żywiołową. Ale tak naprawdę szanse są znikomo małe.
Zwolennicy Andrzeja będą zatem argumentować, że usunięcie go z sukcesji jest sankcją nieuzasadnioną i bezcelową. Ale tak naprawdę nie chodzi tu o praktyczność rzeczy. Nie ma znaczenia, jak prawdopodobne jest, że zostanie powołany do służby lub nie. Chodzi o ustalenie jasnych intencji i tonu oraz zabezpieczenie przyszłości monarchii.
Król Karol nie ma innego wyjścia, jak tylko zamknąć wszelkie możliwości ataku ze strony republikanów i wojowników klasowych, którzy wykorzystują – i nadal będą wykorzystywać – Andrzeja do podburzania opinii publicznej przeciwko członkom rodziny królewskiej.
Zachowanie i charakter Andrew zaznaczają każde utarte pole kwalifikowanego zachowania. Jest dokładnie takim aroganckim, bezczelnym brutalem, jakim chcą go mieć wrogowie króla, pożytecznym idiotą, który potwierdza najgorsze obawy wszystkich dotyczące rodziny królewskiej. Więc rozbroić ich. Odetnij Andrew i nie będą mieli amunicji.
Oczywiście istnieje inna opcja, prawdopodobnie jeszcze lepsza. Andrzej zawsze mógł usunąć się z linii sukcesji. To nadal wymagałoby ustawy parlamentu, ale oszczędziłoby jego biednemu bratu (który, nie zapominajmy, naprawdę nie czuje się zbyt dobrze), agonii – i pokazałoby, że on, Andrzej, rozumie ogrom swoich błędów.
Jeśli Andrew ma mieć szansę na powrót do zdrowia, z pewnością musi się od tego zacząć: przyjąć odpowiedzialność za swoje złe zachowanie i po raz pierwszy w życiu wykazać się odrobiną pokory.
Przynajmniej tyle może zrobić dla pamięci swojej zmarłej królowej i matki, które kochały go do granic pobłażania, jego rodziny, którą tak niewdzięcznie wciągnął w błoto – i – abyśmy nie zapomnieli o nich pośród całego ognia i wściekłości – ofiar jego starego „przyjaciela” Epsteina.