Flub większości polityków i dziennikarzy, odpowiedzią na prawie każde pytanie jest spojrzenie w górę. Nie na księżyc, gwiazdy czy nawet szczyty kominów, ale na ich przywódców: ludzi, którzy zasiadają na szczytach instytucji, dzierżą władzę i wyznaczają linię, za którą podążają inni. Jedynym punktem centralnym jest szczyt słupa totemu, a historie, które się liczą, zwykle pochodzą z wyżyn władzy.
Wystarczy odchylić szyję do tyłu, a Davos nie stanie się miejscem rozmów w szwajcarskim kurorcie narciarskim, ale zgromadzeniem światowych przywódców; Keira Starmera leci do Pekinu jest szczytem wielkich mocarstw; nawet kto powinien być posłem Gortona i Dentona, tak naprawdę chodzi o Przywództwo pracy. Na potrzeby tego artykułu bibliotekarze Guardiana policzyli, ile razy w brytyjskiej prasie pojawiły się słowa „lider” lub „przywództwo”. Tylko w ciągu ostatniego tygodnia szacunkowa suma wyniosła 2000 osób. Jedna trzecia tych historii dotyczy jednego człowieka: Donalda Trumpa.
„Wiemy dużo o tym, jak Grecja w V wieku wyglądała z perspektywy obywatela Aten” – zauważył EH Carr w swoim klasycznym dziele „Co to jest historia?”, „ale prawie nic o tym, jak wyglądała z perspektywy Spartanina, Koryntiana czy Tebańczyka, nie wspominając już o Persie, niewolniku czy innym obcokrajowcu mieszkającym w Atenach”. Sześćdziesiąt pięć lat później nasze codzienne wiadomości nadal obejmują Ateny, z ledwie spartańskim popem vox.
Aż do tygodnia takiego jak ten, który przypomina nam, że władza nie należy tylko do potężnych. Wystarczy spojrzeć na zamieszanie, jakie w Trumpie, szefie jedynego superpotęgi na świecie, zrobiło Minneapolis, miasto liczące niewiele więcej mieszkańców niż Croydon.
Po miesiącach oporu mieszkańców Minnesoty, szefa prezydenta ds. imigracji, Grzegorza Bovinozostał zmuszony do opuszczenia miasta. Szefowa bezpieczeństwa wewnętrznego Trumpa, Kristi Noem, stoi przed albo zwolnienie lub impeachment. Kluczowymi członkami jego zespołu są rozdzieranie pasków od siebie. A charakterystyczna polityka wewnętrzna Republikanów – terroryzowanie wielokulturowych miast Demokratów przez tysiące najemnych tyranów, zamaskowanych i wyposażonych, jakby chcieli zająć Basrę – jest teraz przeciwny przez zdecydowaną większość Amerykanów.
Pozostawione konwencjonalnym przywódcom nie doszłoby do takiej sytuacji. Zaledwie w zeszłym tygodniu w Waszyngtonie zdecydowana liczba przedstawicieli Demokratów przeciwstawiła się własnej partii po stronie Trumpa i wpompować więcej pieniędzy w walkę z imigracją. Zaledwie w zeszłym tygodniu w Davos tysiące najlepiej opłacanych menedżerów na świecie – miliarderów, takich jak Stephen Schwarzman, który zajmuje więcej w ciągu godziny niż przeciętny Amerykanin zarabia w ciągu roku – sumiennie w kolejce słyszeć wędrówkę Pomarańczowego Ego. W obliczu klasycznej mieszanki słodzików i gróźb stosowanej przez administrację amerykańskie imperia medialne, najlepsze uniwersytety i czołowe kancelarie prawnicze upadały jak origami.
Trump niewątpliwie spodziewał się tego samego na lodowatym Środkowym Zachodzie. Zamiast tego jego żołnierze stanęli w obliczu pokojowego ataku. Dziesiątki tysięcy mieszkańców Minneapolis i Saint Paul tydzień po tygodniu przychodziło protestować, nawet gdy było tak zimno, jak napisał jeden z reporterów, że nie mógł robić notatek: „Atrament w moich piórach zamarzł”. Pomimo egzekucji stanowych, o których pisały wszystkie wiadomości na całym świecie, pomimo stosowania gazu łzawiącego i napaści, zwykli mieszkańcy Minnesoty nadal wrócili.
Kiedy inni zamiast stawić czoła gangsterom imigracyjnym, ukrywali się, ich sąsiedzi dbali o to, aby otrzymali żywność i zapasy. A jeszcze inni pełnili rolę obserwatorów ICE, monitorując przemoc i barbarzyństwo uzbrojonych bandytów, których pensje pochodzą od amerykańskich podatników. Wielu nadal pełniło swoje obywatelskie obowiązki pomimo zamordowania Renee Good, poetki i matki, którą pracownicy ICE strzelili w twarz, a następnie nazwali „pieprzona suka” oraz Alex Pretti, pielęgniarka stracona przez gang siedmiu agentów, prawdopodobnie za trzymanie telefonu.
Ci dwaj zwykli ludzie zostali zamordowani przez własny rząd, a następnie oczernieni przez niego. Ich zwłoki oznaczono jako „krajowi terroryści”. Ich rodacy z Minnesoty zostali zaatakowani jako „zorganizowane nielegalne powstanie” Joe Lonsdale, współzałożyciel Palantir. W jednym miał rację: aktywiści byli bardzo zorganizowani, szkolili nowicjuszy, zamieniali restauracje w szpitale polowe, prowadzili rozbudowane sieci zapewniające zaopatrzenie rodzinom z Minnesoty w obawie o własne bezpieczeństwo. Ale to nie jest powstanie, nie wtedy, gdy mamy śpiewające z gwizdkami walczą z zamaskowanymi mężczyznami z bronią, zapłacił aż 50 000 dolarów tylko za zapisanie się do ICE; nie wtedy, gdy aparat smartfona jest uzbrojony przeciwko gazowi łzawiącemu; lub gdy hecklerzy są zakuwani w kajdanki i wyciągani.
Centrum tej pracy znajduje się na południu Minneapolis, ostatnie sześć lat temu na pierwszych stronach gazet jako miejsce, w którym George Floyd został zabity przez funkcjonariuszy policji. Niektórzy z tych, którzy wystąpili w protestach Black Lives Matter w tamtym okresie, wyraźnie przebudzili swoje stare sieci. Inni zauważają, że Minnesota regularnie znajduje się na szczycie mierniki zaufania społecznego: innymi słowy, jego mieszkańcy należą do grupy osób, które najprawdopodobniej pokładają zaufanie w sąsiadu po drugiej stronie ulicy, a nie w przywódcy na szczycie stosu.
Ruch oporu w Minneapolis stanowi przykład tego, co historyk Moshik Temkin nazywa przywództwem oddolnym. W swojej ostatniej książce Warriors, Rebels and Saints: The Art of Leadership from Machiavelli to Malcolm X Temkin pisze, jak pod rządami autorytarnymi społeczeństwa zwrócą się w stronę „przywódców, którzy mają niewielu zwolenników i nie mają władzy instytucjonalnej”. Jako przykład podaje ruch oporu w Vichy we Francji. „Mogą nie być w stanie otwarcie nazywać się liderami, ujawnić się jako przywódcy lub w ogóle ujawnić się. Możemy nawet nie poznać ich imion. ” Ich siła nie pochodzi z ich bezpośredniego wpływu, ale z ich przykładu.
Wbrew podziałom etnicznym zasianym przez Biały Dom znaczna liczba mieszkańców Minnesoty okazała bliskość. Wycofując się przed agresją i nadmiernym zasięgiem poruczników Trumpa, Amerykanie otrzymali przykład samodziałowej solidarności. Bitwa o Minneapolis jeszcze się nie skończyła: agenci ICE w dalszym ciągu gazują szkoły i grożą protestującym („Ty podnieś głos, ja wymazuję twój głos” mówi jeden z tyranów do kamery, z bezpiecznego miejsca w swoim SUV-ie). Zastępca Bovino, Tom Homan, nie wnosi dużej poprawy: pomógł tworzyć Praktyka ICE polegająca na oddzielaniu dzieci od swoich rodziców. Jednak po roku, w którym amerykański establishment mówił o zmianie nastrojów i nowej ortodoksji Trumpa, obywatele USA i na całym świecie mogą zobaczyć, że tak nie jest: że stawiają mu opór w obliczu sprzętu wojskowego i bezmyślnej agresji.
W tym tygodniu Minneapolis oferuje tym, którzy chcieliby opowiedzieć historię Stanów Zjednoczonych, inną narrację, choć nieuchronnie nie jest jasne, jaka ona będzie. Dla EH Carra znaczenie jakiegokolwiek prezydenta lub jego protestujących tłumów nigdy nie jest ustalone raz na zawsze, ale jest przedmiotem wiecznej debaty przez tych, którzy spoglądają wstecz i zadają pytania swoich czasów. Jak pisał: „Historyk nie należy do przeszłości, lecz do teraźniejszości”. Pewnego dnia wszyscy będziemy stanowić surowiec historii; wszyscy będziemy należeć do przyszłości. To powinno zmienić sposób, w jaki teraz postępujemy.


















