Ntak dawno temu – minęło niecałe dziesięć lat – New York Timesa i Poczta Waszyngtona niemal łeb w łeb ścigały się o czytelników, reputację i ciekawostki. „The Times” był zawsze większy, ale oba były w pewnym stopniu porównywalne.
W dzisiejszych czasach jest to dalekie od rzeczywistości. Wpływy, liczba pracowników redakcji i kondycja finansowa „The Post” spadają – tracąc co najmniej 100 milionów dolarów rocznie – podczas gdy „The Times” znajduje się na zadziwiającej trajektorii wzrostowej, a zysk operacyjny zbliża się do 200 milionów dolarów rocznie.
„The Times” może poszczycić się około 13 milionami abonentów cyfrowych w porównaniu z około 2 milionami „Post”. Obecnie w redakcji na całym świecie pracuje ponad 2000 pracowników, podczas gdy liczba pracowników „Post” spadła do zaledwie 400, osiągając wysokość ponad 1000.
Nie ma już wątpliwości, kto wygrał wojnę.
Skąd ta dramatyczna różnica?
Byłem redaktorem publicznym Timesa do 2016 r., kiedy przychody z konsumpcji (zwłaszcza z subskrypcji internetowych) stały się dominujące nad tradycyjnymi przychodami z reklam drukowanych. To był kamień milowy na drodze do cyfrowego sukcesu. Następnie byłem felietonistą „The Post” przez całą pierwszą administrację Trumpa, w tym przez lata wspierania wzrostu i sukcesów.
Więc widziałem to wszystko na moich oczach. Różnica z pewnością nie polegała na talencie dziennikarskim. Przez dziesięciolecia obie redakcje były wypchane tą informacją po brzegi, zdobywając liczne nagrody Pulitzera i zatrudniając świetnych reporterów i redaktorów.
Nie, wszystko sprowadziło się do przywództwa.
W Timesie, spółce notowanej na giełdzie, kierownictwo było stabilne, przewidywalne i rozważne – zawsze patrzyło w przyszłość.
Na przykład kilkanaście lat temu przyszły wydawca, AG Sulzberger, był siłą napędową „raportu o innowacyjności”, który nalegał, aby firma skierowała energię na radykalne przejście od gazety do firmy dostarczającej wiadomości cyfrowe. W raporcie skrytykowano gazetę za to, że pod względem wskaźników pozostaje w tyle za konkurencją.
Jego ojciec, wydawca Arthur Sulzberger Jr, zanim przejął stery, zatrudniał lub awansował takie osoby, jak były szef BBC Mark Thompson i Meredith Kopit Levien (obecnie dyrektor generalny), którzy podejmowali mądre decyzje biznesowe, uznając jednocześnie prymat dziennikarstwa Timesa.
W redakcji „Los Angeles Times” dominuje stały wzrost liczby dobrze znanych osobistości. Przywództwo w redakcji jest przygotowywane wewnętrznie; praktyka ta może sprzyjać izolacji i poczuciu własnej wartości, ale tworzy także stabilność.
Historia Washington Post opowiada zupełnie inną historię. Gazeta – słynąca z doniesień o aferze Watergate, która zdemaskowała skorumpowanego prezydenta – na początku XXI wieku pod rządami rodziny Grahamów borykała się z problemami finansowymi. W miarę zanikania reklam drukowanych gazeta wydawała się niepewna, czy jest to głównie wydawnictwo regionalne obsługujące Dystrykt Kolumbii i jego przedmieścia, czy też gazeta ogólnokrajowa o globalnych ambicjach.
Kiedy Jeff Bezos, miliarder-przedsiębiorca, kupił gazetę w 2013 roku, wyglądało na to, że nadeszło wybawienie.
Marty Baron, silny i wizjonerski redaktor, już tam był, a podczas jego ośmioletniej kadencji gazeta prosperowała. Zdecydowane dziennikarstwo pociągnęło Trumpa do odpowiedzialności, a zarówno strona biznesowa, jak i redakcja skupiły się na wzroście i innowacjach.
Wydawca, Fred Ryan, nominalnie szef Barona, był przeważnie życzliwy. Bezos pozostał w tle, ale – co godne podziwu – nie ugiął się pod groźbami i poniżaniem Trumpa.
Kiedy Baron odszedł na emeryturę w 2021 r. – a jego następcą została znacznie słabsza Sally Buzbee, której doświadczenie prawie w całości związane było z Associated Press – i kiedy Bezos zastąpił później Ryana okropnym Willem Lewisem, sprawy poszły w niepamięć.
Wszystkie zyski, jakie osiągnęła „Post” – wzrost liczby subskrypcji cyfrowych, a nawet kilka lat rentowności – zaczęły się rozpraszać.
Lewis nigdy nie kontaktował się z dziennikarzami, a jego pomysły (utworzenie „trzeciego newsroomu”, cokolwiek to mogło oznaczać) wyrządziły prawdziwą krzywdę.
W pewnym wymownym momencie na początku 2022 r. wspaniały reporter Post, David Fahrenthold, odszedł, aby dołączyć do „Timesa”. To był zły omen.
A potem wydarzyło się coś jeszcze gorszego. Krótko przed wyborami w 2024 r. Bezos zaczął przytulać się do Trumpa. Dokonując obecnie niesławnego posunięcia, zabił planowany artykuł redakcyjny popierający Kamalę Harris na rzekomym tej podstawie, że artykuły redakcyjne zawierające aprobatę budzą brak zaufania.
Niezależnie od sympatii politycznych czytelników „Post” – z pewnością nie wszyscy są liberałami – wiedzieli, co widzą: utratę niezależności redakcyjnej przez właściciela bardziej dbającego o swoje interesy handlowe – nie tylko Amazonka ale jego firma kosmiczna, Niebieskie pochodzenie – niż o słynnej organizacji prasowej, którą miał kierować.
W ramach protestu około 200 000 lojalistów Post anulowało swoje subskrypcje. Więcej.
Bezos nie tylko nie uporał się z bałaganem, jaki narobił, ale także podwoił wysiłki, przebudowując sekcję z opiniami i nadal podlizywając się Trumpowi.
Teraz, po głębokich zwolnieniach i spóźnionym zwolnieniu Lewisa, losy „Post” są, delikatnie mówiąc, zagrożone.
„Jesteśmy świadkami morderstwa” – napisała Ashley Parker, była reporterka polityczna Post, obecnie pracująca dla „Atlantyku”.
Jeśli przywództwo spowodowało tak ogromny podział losów, tylko oświecone i skuteczne przywództwo w Poczcie może zacząć zmniejszać różnicę.
Jako osoba, która od dziesięcioleci szanuje „Washington Post”, żałuję, że nie widzę tego na horyzoncie. Ale nie mogę nawet rzucić okiem.


















