Tbyły szef sztabu Rumpa właśnie to zrobił potwierdził, że były prezydent jest faszystą. Były przewodniczący połączonych szefów sztabów złożył zeznania twierdząc, że były prezydent jest faszystą. Historycy najwyższego szczebla twierdzi, że jest faszystą – czy to wszystko nie powinno wystarczyć do rozstrzygnięcia tego, co w USA stało się znane jako „Debata o faszyzmie” – debata, która toczyła się od dawna zjadliwy i zaskakująco osobisty?
Uczestnicy tej debaty nie są zgodni co do tego, że Trumpa należy powstrzymać. Wszelkie spory wokół słowa na F sprawiły, że lewacy i liberałowie zebrali się w okrągły pluton egzekucyjny. Osoby posługujące się analogią do faszyzmu zostały zaatakowane za ignorowanie faktu, że nie wszystko było w porządku Polityka USA przed 2016 rokiem; tym, którzy odrzucają analogie historyczne, zarzuca się samozadowolenie. Jednak całkowicie możliwe jest uznanie etykiety faszyzm za niewłaściwą (i potencjalnie przynoszącą efekt przeciwny do zamierzonego), bez minimalizowania w jakikolwiek sposób niebezpieczeństw, jakie stwarza Trump lub przymykania oczu na faszystowskie wątki w historii USA, takie jak KKK.
Faszyzm jest formą autorytaryzmu, ale nie wszyscy autorytarni są faszystami. Faszyści mają transformacyjny projekt polityczny: stworzyć jednorodny naród oddany mesjańskiemu przywódcy i zmobilizować społeczeństwo na rzecz gwałtownego konfliktu rasowego. Z kolei monarchowie lub technokratyczni autorytarni – pomyślmy o dyktaturach wojskowych w Ameryce Łacińskiej – mogą doskonale się ukrywać: najdłużej trwającą dyktaturą w Europie w XX wieku kierował zdecydowanie niecharyzmatyczny portugalski ekonomista, António Salazar. Faszyści natomiast swoją legitymizację opierają na powszechnym aklamacji: celebrują masowe wiece i tworzą spektakl władzy.
Wydawałoby się, że na razie Trumpistowski: kult jednostki sprawowany na masowych wiecach; coraz bardziej otwarty rasizm, który wyróżnia zwolenników Trumpa jako „prawdziwych ludzi” – wyrażenia, którego użył Trump, podburzając swoich fanatycznych zwolenników w Ellipse 6 stycznia. Ale zbiorowy projekt skupiający się na przemocy? Nie całkiem. Z pewnością Trump nie mógłby być bardziej dumny z Dumnych Chłopców; dodajmy do tego militaryzację życia cywilnego, napędzaną przez sąd najwyższy, który jest nieskończenie twórczy w wymyślaniu XVIII-wiecznych tradycji, aby usprawiedliwić rozprzestrzenianie broni. Co więcej, Kevin Roberts, szef Heritage Foundation, dzisiejszego wiodącego zespołu doradców Trumpa, obiecał „druga rewolucja amerykańska”, który, jak wyjaśnił Roberts, „pozostanie bezkrwawy, jeśli lewica na to pozwoli” – jest to tak wyraźna groźba przemocy, jak tylko można sobie wyobrazić. Jednak to wszystko wciąż nie jest to samo, co faszystowscy przywódcy gloryfikujący śmiertelną walkę jako ostateczny sens życia.
To nie przypadek, że wszystkie ruchy faszystowskie wyrosły z doświadczeń przemocy I wojny światowej (Mussolini głosił, że pożoga stworzyła „okopową”, arystokrację wojowników); i to nie przypadek, że wszystkie państwa faszystowskie ostatecznie przystąpiły do wojny – i dlatego też przegrana w wojnie zadała ideologii faszystowskiej taki cios po 1945 r.: jak zatwardziali faszyści mogli zostać pokonani przez zwiotczałe plutokracje na Zachodzie?
Trump nie do końca okazał się podżegaczem wojennym. To prawda, że jego podżeganie do przemocy w kraju to nie tylko kayfabe, a plany wykorzystania wojska do masowych deportacji przypominają straszliwe doświadczenia czystek etnicznych w XX wieku, podczas gdy użycie wojska przeciwko wrogom krajowym przypomina praktyki generałów z Ameryki Łacińskiej . Co więcej, obietnica uczynienia amerykańskich mężczyzn znów wielkimi w dużym stopniu pokrywa się z idealizacją męskości, która byłaby natychmiast rozpoznawalna dla faszystów XX wieku.
A jednak Trump jest także produktem i propagatorem kapitalizmu konsumenckiego, który stara się zdemobilizować ludzi politycznie. Trudno sobie wyobrazić, aby dzisiejsza młodzież uznała pomysł marszu w mundurach za esencję dobrego życia; Obietnica Trumpa złożona swoim „prawdziwym ludziom” – od mieszkańców wsi z rzekomego „serca” po liliowo białe przedmieścia – jest właśnie taka, że nie muszą oni dokonywać poświęceń. Jego były szef sztabu raporty że Trump odwiedzając Arlington, twierdził, że nie widzi sensu umierania na wojnie. Ale żaden prawdziwy przywódca faszystowski nie zaprzeczyłby, że bohaterska śmierć w walce ma znaczenie.
Czy zatem powinniśmy po prostu odpocząć? Absolutnie nie. Trump jest podobny do skrajnie prawicowych populistów, takich jak Narendra Modi i Viktor Orbán, którzy twierdzą, że reprezentują wyłącznie naród, delegitymizują swoich przeciwników politycznych jako zdrajców i podżegają do nienawiści wobec i tak bezbronnych mniejszości. Taka strategia ma autorytarne konsekwencje; te z kolei umożliwiają kapitalizm kumoterski lub wręcz kleptokracjaco miało kluczowe znaczenie dla konsolidacji reżimów takich jak Orbán.
Oto lekcja, która jest bardziej użyteczna niż ogólna analogia z faszyzmem. Wbrew liberalnej tendencji do zrzucania winy za problemy polityczne na rzekomo irracjonalnych ludzi, to elity decydują, że koniec z demokracją. Zwykle używa się porównania z Republiką Weimarską, aby zasugerować, że większość wybiera faszystów. Ale Hitlerowi przekazały władzę stare pruskie elity przemysłowe, dla których może nie był idealnym kanclerzem, ale wystarczająco dobrym w obliczu komunizmu. Faszyści maszerowali na Rzym w 1922 r., ale Mussolini przyjechał wygodnie sypialnym samochodem z Mediolanu, zgodnie z zaproszeniem go do rządzenia przez tradycyjne elity włoskie.
Trump ma prawdziwy ruch, ale jak Hannah Arendt rozpoznała diagnozując osobliwy XX-wieczny sojusz pomiędzy tym, co nazywała „tłumem” a elitami, ruch nie wystarczy. amerykański miliarderów i dyrektorów generalnych przechwalali się, wspierając kandydata, który obiecuje obniżenie podatków i deregulację jak szalony; sędziowie Sądu Najwyższego wstępnie zatwierdzili autorytarny podręcznik, przyznając immunitet prezydencki. Nazywanie tego faszyzmem nie jest szczególnie pouczające; jednak wstrzymanie się od słowa na „F” nie sprawia, że perspektywa drugiego przyjścia Trumpa będzie mniej niebezpieczna dla Stanów Zjednoczonych, a w rzeczywistości dla całego świata.


















