„Populizm” mógł być słowem definiującym poprzednią dekadę: skrótem oznaczającym partie powstańcze, które zyskały na znaczeniu w 2010 roku, kwestionując dominację liberalnego centrum. Jednak gdy tylko stało się ono głównym tematem dyskusji zarówno o skrajnej lewicy, jak i skrajnej prawicy, komentatorzy zaczęli kwestionować jego zasadność, obawiając się, że zbyt niejasnelub też pejoratywnyLub tankowanie siły, o których mowa.

Teraz, gdy losy obu biegunów politycznych zmierzają w różnych kierunkach – prawica zyskuje przewagę na zachodzie, podczas gdy znaczna część lewicy stara się otrząsnąć po seryjnych porażkach – pogląd, że słowem tym można objąć tak różnych graczy, wydaje się jeszcze mniej prawdopodobny. Aby uzyskać przejrzysty opis tych sił, być może będziemy musieli przenieść naszą uwagę gdzie indziej: znaleźć terminy, które mogą wyjaśnić ich nierówną równowagę sił, abyśmy mogli z kolei znaleźć właściwe lekarstwo.

Trudność w oddzieleniu prawdziwej natury populizmu od napiętego dyskursu, który go otacza, jest wymowna, ponieważ jedynym pewnym twierdzeniem, jakie możemy wysunąć na temat zjawiska populizmu, jest to, że kładzie ono ogromny nacisk na język. Niezatarte hasła, złośliwi przywódcy, bezpośrednie zwracanie się do „ludu”: to były wspólne elementy w skądinąd odmiennej gamie projektów wyborczych, które nasiliły się po wielkiej recesji w latach 2007–2009, odrzucając bromy na temat „jedności” i „konsensusu” na rzecz twardego semantycznego rozróżnienia między „my” i „oni”.

Mimo wszystkich problemów z etykietą populistyczną udało się jej przynajmniej uchwycić ten wysoce retoryczny sposób prowadzenia polityki, który zakorzenił się w czasach, gdy większość ekspresji politycznej ograniczała się do sfery słów, a nie czynów: piorunów na Twitterze (obecnie X) i awantur przy stole w przeciwieństwie do strajków i walk ulicznych. Jeśli populizm był w pewnym stopniu pustym znacznikiem, odzwierciedlał kulturę polityczną, która została opróżniona – wraz z upadkiem partii masowych, związków zawodowych i innych dobrowolnych stowarzyszeń, pozostawiając niewiele kanałów dla aktywizmu. Erozja tych struktur zmusiła polityków z zewnątrz do znalezienia innych sposobów rozwoju. Zamiast budować tak popularne bazy, oparli się na fragmentach dźwiękowych, aby zmonopolizować gospodarkę uwagi i pozyskać rozczarowanych wyborców.

Chociaż jednak „populizm” był użytecznym podsumowaniem tych strategii wyborczych, w mniejszym stopniu pozwalał na określenie tego, co mieli nadzieję osiągnąć ci przywódcy, gdy już znajdą się w rządzie. W USA np. Berniego Sandersa było jasne, że jego celem jako prezydenta będzie wykorzystanie państwa do reaktywacji ruchu robotniczego i pozbawienia władzy sektora korporacyjnego. Klika wokół Donalda Trumpa ma również przemyślany plan reorientacji polityki państwa poprzez centralizację władzy w władzy wykonawczej i uzbrojenie jej przeciwko grupom rasowym. Chociaż populizm mógł być środkiem, cele były bardziej rozległe. Myśląc o Sandersie i Trumpie wyłącznie w kategoriach metod ich kampanii, komentatorzy pominęli dokładniejszą analizę ich projektów rządowych: radykalnej socjaldemokracji czy twardego neonacjonalizmu.

W ciągu ostatniej dekady jeden z tych projektów nadal zyskiwał na znaczeniu – nie tylko w USA, ale także we Włoszech, Finlandii, Słowacji, Węgrzech, Wielkiej Brytanii, Francji i gdzie indziej – podczas gdy drugi był w większości marginalizowany. Okazało się, że kiedy lewica i prawica walczyły na polu dyskursu, a polityka często sprowadzała się do serii propagandowych sloganów, szanse były na korzyść prawicy, między innymi dlatego, że partyzanckie media chciały rozpowszechniać jej przekaz. W rezultacie socjaldemokracja Sandersa pozostaje jedynie ideą, podczas gdy Trumpowski neonacjonalizm staje się coraz bardziej rzeczywistością.

Biorąc pod uwagę ten rozwój, granice paradygmatu populistycznego stały się jeszcze bardziej wyraźne. Podstawową cechą naszej polityki nie jest już to, że kandydaci słabsi korzystają z tego zestawu narzędzi w celu przejęcia państwa; to lewica próbuje odbudować się po porażce tego przedsięwzięcia, podczas gdy znaczna część prawicy utrwala jego sukces. Socjaliści zdali sobie sprawę, że populizm jako praktyka polityczna nie jest wystarczająco silny, aby oprzeć się atakowi najpotężniejszych instytucji w społeczeństwie: ministerstw stanu, partii centrowych, starych dokumentów, lobby biznesowego, sądów. Tymczasem reakcjoniści nauczyli się, że mogą wygrać wybory na platformie populistycznej, ale wciąż zastanawiają się, jakie dokładnie relacje kultywować z tymi instytucjami. Postpopulistów obu stron definiuje podejście do takich fortec elity: nie tylko poprzez retorykę, ale także działania.

Tutaj możliwości są dwojakie. Mogą albo pójść na kompromis, ryzykując asymilację, albo podjąć bezpośrednie wyzwanie, ryzykując, że zostaną przytłoczeni. W Hiszpanii obecna przywódczyni lewicy Yolanda Díaz wybrała pierwszą ścieżkę: próbując zawrzeć porozumienie z centrolewicą i wielkim biznesem, wielokrotnie zdając sobie sprawę granice jej siły oddziaływania. Z kolei we Francji Jean-Luc Mélenchon zachował niezależność polityczną swojej partii i odrzucony do jakichkolwiek ustępstw, które by mu zagrażały, ale jak dotąd także on go opuścił odosobniony wyprzedzić swoich przeciwników.

Podobne rozwidlenie widzimy na drugim końcu spektrum. mając na uwadze, że przywódcy tacy jak włoska Giorgia Meloni dążyli do zbliżenia z tradycyjnym blokiem władzy, cofanie się w ramach swojej bardziej ryzykownej polityki, ci, w tym Trump, przyjęli bardziej zadziorną strategię: napaść biurokracja państwowa, ignorowanie sądownictwo i to często nadrzędny wymagania biznesu. Zarówno lewica, jak i prawica muszą wybrać pomiędzy targowaniem się z tradycyjnymi elitami a próbą ich zmiażdżenia.

Jednak po raz kolejny szanse są bardzo nierówne. Tak jak prawicy łatwiej jest wygrać wybory za pomocą populistycznych przekazów, tak też jest ona w stanie łatwiej dokonać wyboru pomiędzy pojednaniem a konfrontacją. Powód jest oczywisty. Socjaliści mają program, który wywróci obecny porządek społeczny, podczas gdy neonacjonalistom zależy na ugruntowaniu jego hierarchii. Jedna grupa chce zniszczyć neoliberalny konsensus, druga pogłębić jego asymetrie klasowe, rasowe i płciowe. Instytucje czuwające nad tym systemem będą zatem stawiać większy opór lewicy niż prawicy. Mogą blokować niektóre z najbardziej destabilizujących działań tych ostatnich – np. próby kradzieży wyborów – ale rozumieją, że nie ma zasadniczej rozbieżności w ich interesach. Zatem niezależnie od tego, czy neonacjonaliści są bardziej pokojowi, czy agresywni, stopniowi czy akceleratorzy, mogą wykorzystać te centra władzy, aby posunąć swój projekt do przodu: jest to luksus, którego brakuje postępowcom.

„Populizm” nie jest w stanie naświetlić tych trendów – nie tylko dlatego, że termin ten jest zbyt szeroki lub naładowany, ale dlatego, że bardziej odnosił się do konkretnego okresu, w którym nowicjusze próbowali przełamać wyborczą dominację centrum, stosując różne gry językowe: wielu przeciwko nielicznym, insiderzy przeciwko outsiderom. Chociaż te dyskursy nie zniknęły, ich znaczenie maleje w świecie, w którym ta dominacja została rozbita i gdzie spór między lewicowym i prawicowym populizmem został rozstrzygnięty na korzyść prawicy. Lepszym podejściem do naszej chwili obecnej byłoby zbadanie, jak obie siły, z bardzo różnych punktów wyjścia, próbują przedostać się do instytucjonalnego krajobrazu neoliberalizmu: lewicy najwyraźniej nie udaje się wybrać kompromisu lub konfliktu, prawicy jest w stanie maszerować dalej w dowolny sposób. Odwrócenie tej sytuacji będzie niezwykle trudne. Musimy zacząć od uchwycenia istoty współczesnej polityki, a nie tylko jej stylu.

Source link

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj