WŚroda 6 listopada była dniem wstrząsającym w polityce Zachodu. We wczesnych godzinach porannych po jednej stronie Atlantyku zostało to potwierdzone skrajnie prawicowy nacjonalista Donald Trump został wybrany na prezydenta USA; z drugiej strony rząd kierujący największą gospodarką w Europie – niemiecka koalicja na światłach, składająca się z socjaldemokratów, rynkowych liberałów i zielonych – upadł. Trudno było trafić na gorszy moment.
Rozpad zwaśnionego sojuszu berlińskiego pozostawi w kraju próżnię polityczną Niemcy przez miesiące, właśnie wtedy, gdy UE potrzebuje zdecydowanego przywództwa. Zamiast tego kraj stoi w obliczu miesięcy introspektywnej agitacji wyborczej, po których następują przedłużające się negocjacje koalicyjne, przy wstrzymaniu inwestycji i wydatków publicznych.
Niemcy już w tym są drugi rok recesji. Jej model gospodarczy załamuje się z powodu końca taniego rosyjskiego gazu i malejącego eksportu do Chin, które są coraz większym konkurentem przemysłowym. Potężny przemysł samochodowy zwalnia miejsca pracy i zamyka fabryki spadek zamówień. Rząd nawet przywrócono kontrole graniczne w europejskiej strefie Schengen w reakcji paniki po tym, jak migrant zadźgał nożem trzy osoby.
Populistyczne, eurosceptyczne, antyimigracyjne partie skrajnej prawicy i lewicy – sprzeciwiające się wsparciu dla Ukrainy – zyskują na popularności, co coraz bardziej utrudnia utworzenie stabilnych rządów krajowych i regionalnych. Pomiędzy nimi skrajnie prawicowa Alternatywa für Deutschland (AfD) i nowy lewicowy ruch powstańczy kierowany przez byłego komunistę Sahrę Wagenknecht (BSW) głosują około godz 25% głosów w całym kraju. Niemcy zapadają na „chorobę holenderską” – upadek partii należących do głównego nurtu i fragmentację spektrum politycznego, która osłabia wiele europejskich demokracji.
Z socjologicznego punktu widzenia można dostrzec echa tego, co spowodowało powrót Trumpa. Wyborcy z klasy robotniczej, zwłaszcza młodzi biali mężczyźni, z frustracją spowodowaną spadającym poziomem życia, stagnacją płac, niepewną pracą i niechęcią do uchodźców, uciekają się do skrajności.
Koalicja rozpadła się rzekomo z powodu polityki gospodarczej. Minister finansów Christian Lindner, przywódca liberalnych, probiznesowych Wolnych Demokratów (FDP), odrzucił wezwania Socjaldemokratów (SPD) i Zielonych do rozluźnienia sztywnych konstytucyjnych przepisów Niemiec „hamulec zadłużenia” i pozwolić na zwiększenie wydatków na wsparcie dla Ukrainy i ożywienie gospodarki. Zamiast tego Lindner zażądał obniżek podatków i ostrych cięć wydatków socjalnych (mimo że dług publiczny jest niższy niż w jakiejkolwiek innej gospodarce G7). To skłoniło kanclerza SPD Olafa Scholza do zwolnienia go, zamiast czekać na wyjście FDP.
W rzeczywistości Lindner chciał się wycofać, ponieważ jego partia walczy o przetrwanie, uzyskując w sondażach znacznie poniżej progu 5% potrzebnego do utrzymania mandatów w Bundestagu i wypadła z wielu parlamentów regionalnych.
Scholz utyka obecnie z mniejszościowym rządem SPD-Zielonych i planuje ubiegać się o wotum zaufania 15 stycznia, które z pewnością przegra, przygotowując grunt pod przedterminowe wybory w marcu. Opozycyjni Chrześcijańscy Demokraci (CDU/CSU) żądają od niego natychmiastowego wotum zaufania w celu przyspieszenia wyborów, nie mają jednak wystarczającej liczby głosów, aby wybrać alternatywnego kanclerza.
Niemiecki kryzys pojawia się w momencie, gdy Francja, jej kluczowy partner w europejskim przywództwie, jest sparaliżowana własnym zamieszaniem politycznym. Prezydent Emmanuel Macron po swojej spartaczce staje się coraz bardziej kulawy rozwiązanie parlamentu w czerwcu pozostawiło go we wspólnym pożyciu z mniejszościowym centroprawicowym rządem, którego przetrwanie zależy od łaski skrajnie prawicowego Zgromadzenia Narodowego Marine Le Pen.
To zła wiadomość dla każdego, kto spodziewa się zdecydowanego przywództwa Europy po objęciu urzędu przez Trumpa w przyszłym roku, i gratka dla przeciwników ściślejszej integracji europejskiej, na czele której stoi nieliberalny premier Węgier Viktor Orbán.
Sondaże opinii podjęte przed rozpadem koalicji CDU/CSU Friedricha Merza na poziomie około 33%, skrajnie prawicowa AfD na drugim miejscu z około 18%, SPD na 15%, Zieloni na 10%, BSW na 8%, a FDP na 3–4% . Ponieważ żadna partia głównego nurtu nie jest skłonna rozważać koalicji z AfD, jedyną wiarygodną kombinacją rządzącą byłaby „Wielka Koalicja” CDU/CSU i SPD po raz czwarty od 2005 r., ale nawet ten sojusz może ledwo mieć większość parlamentarną i potrzebować trzeciego partnera. Nawet gdyby FDP udało się przeskoczyć barierę 5%, CDU/CSU i FDP nie miałyby wystarczającej liczby mandatów, aby utworzyć centroprawicową koalicję.
Merz zdecydowanie popiera zwiększoną pomoc wojskową dla Ukrainy i krytykuje rząd „sygnalizacji świetlnej” za wstrzymywanie dostaw czołgów Leopard 2, a ostatnio Rakiety dalekiego zasięgu Taurus. Nie jest jednak jasne, czy byłby skłonny zawiesić hamulec zadłużenia i zwiększyć zadłużenie rządu, aby pokryć większą pomoc dla Kijowa, czy też zainwestować więcej w upadającą infrastrukturę publiczną Niemiec lub zieloną transformację. Od czasów centrowej kanclerz Angeli Merkel ściąga także konserwatystów na prawicę w kwestiach takich jak migracja i polityka energetyczna i być może spróbuje powrócić do ambitnych celów ustępującego rządu wynoszących zero netto.
Upadek koalicji „sygnalizacji świetlnej” jest rozczarowaniem dla tych, którzy wierzyli, że postępowy sojusz pomiędzy siłami prorynkowymi, zwolennikami odważnej transformacji zielonej energii i zwolennikami sprawiedliwości społecznej jest możliwy. Zewnętrzne uderzenia młota związane z pandemią Covid-19, inwazją Rosji na Ukrainę i spadający popyt w Chinach dla niemieckiego importu pomógł przekreślić niemiecki sen.
Ale niemiecki fetyszyzm fiskalny również odegrał kluczową rolę w skazaniu rządu Scholza na porażkę. Centrolewica zdecydowanie zbyt długo zgadzała się z konserwatystami i FDP w trzymaniu się kultu zrównoważonych budżetów i hamulca zadłużenia. W rezultacie zadłużenie publiczne pozostało tematem tabu, a inwestycje w podupadającą infrastrukturę kraju okazały się żałośnie niewystarczające.
Nie jest jasne, czy nowa koalicja pod przewodnictwem konserwatystów będzie chciała i byłaby w stanie wykręcić się z tego dławiącego fiskalnego kaftana bezpieczeństwa. W przeciwnym razie niemiecka gospodarka umrze w dobrym zdrowiu, a Europa zostanie wraz z nią pochłonięta.


















