„Nieefektywna forma energii odnawialnej… bombardowanie obszarów wiejskich… nieodwracalne szkody”.
To hałaśliwi, wściekli i zorganizowani działacze przeciwko wiatrom na lądzie w Walii.
W miarę jak rząd będzie ścigał się, aby osiągnąć swoje cele w zakresie czystej energii, na wzgórzach Cymru pojawią się dziesiątki nowych projektów.
Mówi, że jest gotowa zmierzyć się z „blokerami” budowy setek tych strzelistych stalowych gigantów, mając na celu uczynienie energii tańszą, czystszą i bezpieczniejszą.
Ale w Walii ci „blokerzy” również postrzegają siebie jako ekologów: miłośników przyrody, którzy obawiają się, że plany na zawsze zniszczą ich wieś i kulturę.
Są przekonani, że istnieją lepsze sposoby, aby Walia stała się ekologiczna.
Kto więc tak naprawdę ratuje Walię?
„Nigdy więcej pylonów” skanduje kilkuset protestujących przed walijskim parlamentem w zimną – nie wspominając o wietrznej – lutowej porze lunchu.
Wielu uczestników protestu dystansuje się od polityków brytyjskiej reformy, którzy głośno sprzeciwiają się wiatrowi na lądzie, ponieważ kwestionują stopień, w jakim klimat w ogóle się zmienia.
„Bardzo niewielu z nas neguje zmiany klimatyczne” – mówi jeden z protestujących w Cardiff. „Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że istnieje problem… pytanie brzmi: jak go rozwiązać?”
Odpowiedzią, jak twierdzą, jest połączenie morskiej energii wiatrowej, projektów społecznych i energii słonecznej na dachach, argumentując, że mogą one zaspokoić potrzeby Walii bez konieczności budowania turbin, które będą również przesyłać energię do Anglii.
Irytuje ich bowiem poczucie, że historia się powtarza: kolejne walijskie zasoby – po wodzie i węglu – są zbierane, aby utrzymać włączone światła w Anglii.
Jednak biorąc pod uwagę, że do 2050 r. zapotrzebowanie na energię elektryczną w Walii co najmniej się podwoi, a 60% tej energii nadal będzie pochodzić z gazu, Partia Pracy twierdzi, że obejście się bez lądowej energii wiatrowej to luksus, na który nie może sobie pozwolić.
Welsh Labour powiedział Sky News, że „dostarczanie energii elektrycznej na taką skalę w tempie niezbędnym w przypadku zagrożenia klimatycznego byłoby wyzwaniem, gdybyśmy mieli całkowicie polegać na wytwarzaniu energii przez społeczności”.
Duch farmy wiatrowej Hendy
Nad debatą dominuje cień farmy wiatrowej Hendy. Pomimo sprzeciwu rady zbudowano siedem „turbin duchów” w Powys, które nigdy nie zostały podłączone do sieci.
Choć branża nazywa Hendy anomalią, miejscowi postrzegają to jako przestrogę przed złamanymi obietnicami i lekkomyślnym pośpiechem.
Dlatego sprzeciwiają się proponowanemu parkowi energetycznemu Nant Mithil. W ramach projektu turbiny o wysokości 220 m – czyli dwukrotnie większej niż Big Ben – zostaną umieszczone na spokojnym wzgórzu w lesie Radnor.
Chociaż zakład mógłby zasilić 130 000 domów, działacz Nigel Dodman widzi jedynie „katastrofę ekologiczną”.
„Z powodu industrializacji, 27 kilometrów dróg, które trzeba będzie zbudować, wszystkich trwających prac budowlanych” – mówi.
„Czy rujnujemy ten krajobraz i jego ekologię” – pyta – „czy też zachowujemy go dla przyszłych pokoleń?”
Co mówi większość?
Choć protest jest głośny, dane sugerują, że idą pod prąd.
Według sondażu przeprowadzonego przez zespół doradców More In Common prawie 80% obywateli Walii czuje się komfortowo, widząc turbiny, w porównaniu do 22%, które tego nie widzą.
Ankieta przeprowadzona przez rząd Wielkiej Brytanii wykazała, że więcej mieszkańców Wielkiej Brytanii byłoby szczęśliwych, gdyby na swoim obszarze zainstalowali lądową energię wiatrową, niż tych, którzy tego nie zrobili.
Jednak zrzeczenie się wsparcia na poziomie hiperlokalnym, przy powszechnym lokalnym sprzeciwie wobec Nant Mithil i kolejnej planowanej w Powys, zwanej Garreg Fawr.
Ta głośna mniejszość zdaje sobie sprawę, że podczas majowych wyborów w Walii w grę wchodzi polityka zerowej emisji netto.
Zdobyli także poparcie Kampanii na rzecz Ochrony Obszarów Wiejskich Walii (CPRW). Jej zarządca, Jonathan Dean, mówi: „Zbudowa elektrowni wiatrowych na lądzie jest szybsza i łatwiejsza w budowie, ale mamy czas, aby zrobić to właściwie”.
Mówi, że Partia Pracy nie może uważać poparcia społecznego dla swoich wysiłków na rzecz czystej energii za coś oczywistego.
„Jeśli niezadowolenie społeczne będzie nadal narastać, a partia polityczna zamierzająca„ anulowanie zera netto ”zyska jakąkolwiek władzę, otrzymamy najgorszy możliwy wynik. Zero netto musi zachować swoją „licencję społeczną”.
Tymczasem sama branża próbuje osłodzić umowę, oferując ponadprzeciętne, choć dobrowolne, finansowanie społecznościom lokalnym obsługującym infrastrukturę energetyczną, oprócz miejsc pracy i szkoleń.
Jess Hooper z organizacji branżowej RenewableUK Cymru powiedziała: „W przypadku obszarów wokół samych farm wiatrowych dostępne są fundusze na rzecz społeczności o wartości przekraczającej 6 milionów funtów rocznie.
„Istnieją zatem możliwości gospodarcze wynikające z miejsc pracy i związanego z nimi wzrostu gospodarczego oraz inwestycji w naszych obszarach wiejskich, w których nie było takich inwestycji od wielu, wielu lat”.
„Następnie możesz to być ty”
Niezależnie od tego, skąd pochodzi energia, w przygotowaniu jest eksplozja nowych projektów, które mają zaspokoić rosnący popyt.
Fakt ten, w połączeniu ze zbliżającymi się wyborami, zwiększa ryzyko, że rząd przekona obywateli, że warto podejmować kompromisy.
Jeśli chodzi o NIMBY, jeden z protestujących w Cardiff mówi: „Tak, jesteśmy NIMBY, ale nie rozumiemy też, dlaczego skoro jest tak wiele alternatyw, muszą zacząć niszczyć, w zasadzie nie ingerując w obszary wiejskie”.
Nigel Dodman mówi mi: „Mówię, że istnieje nowa definicja NIMBY, która brzmi…„ Następnie możesz to być ty ”.


















