Tancerze Morrisa z kijami podczas rytuału żeglowania

Wassailers odprawiają starożytny rytuał w Tottenham (Zdjęcie: Tim Merry)

Jeśli pewnego wieczoru staniesz przy barze w londyńskim pubie, nierzadko zobaczysz dziwne widoki. Ale stojąc w Ferry Boat Inn i widząc kobietę w cylindrze ozdobionym czarnymi piórami, czuję, jak zalewa mnie fala ulgi. Jestem we właściwym miejscu. Dzisiejszy wieczór będzie albo genialny, albo absolutnie okropny. Nie ma złotego środka, jeśli chodzi o taniec Morrisa na parkingu Tottenhamu.

Przybyłem tu na zimowy pogański rytuał żeglarstwa. To wieczór biesiady, który odbywa się 12. nocy Bożego Narodzenia, aby błogosławić jabłonie w nadziei na dobre przyszłe zbiory, oblewając korzenie cydrem oraz śpiewając i tańcząc, aby odpędzić złe duchy. W ostatnich latach stało się tak popularne, że wydarzenia odbywają się obecnie przez cały styczeń.

Dorastając w Dorset, żeglarstwo oznaczało farmy, kalosze i ludzi, którzy wyglądali, jakby właśnie schodzili z planu „Wikariusza z Dibley”. Oznaczało to woskowane kurtki, błotniste pola i pocieszające poczucie, że wszyscy dokładnie wiedzą, co robią i dlaczego.

To, co miało miejsce w styczniową sobotę w stołecznym pubie, to kategorycznie nie to. Gdy wychodzę ze stacji kolejowej, witają mnie dwie furgonetki wypełnione policjantami. Idąc dalej, omijając rowerzystów i wieczorny ruch uliczny, zaczynam podejrzewać, że popełniłem błąd.

Wkrótce poznaję Dianę i Tony’ego, którzy prowadzą Black Path Morris. Robią to od 30 lat. Jeden z ich członków dołączył trzy miesiące temu i w tym czasie opanowali pięć tańców.

„Po prostu pewnego dnia spotkaliśmy się i tak naprawdę poszliśmy dalej” – mówi mi muzyk z innej grupy – Black Horse i Standard. Trzyma skrzypce, a jej bok wlewa piwa.

Dziś wieczorem wystąpi tu pięć drużyn Morrisa. Black Horse and Standard, Black Swan, Black Path, Camden Clog i London Pride. Nazwy brzmią jak piwa rzemieślnicze, co wydaje się właściwe, biorąc pod uwagę naszą lokalizację.

Gospodarzem jest Carol McGuiness z Black Horse. W miarę jak wydarzenie nabiera tempa, wiruje w powietrzu, brzęcząc w tę i w drugą stronę, aby wszyscy zajęli swoje miejsca. Kiedy to robi, tłum się gromadzi, a nie tego się spodziewałem. Rodziny z dziećmi na ramionach mieszają się z miejskimi typami pijącymi kieliszki wina. Zauważam mężczyznę w lycrze, który rzucił rower, żeby zobaczyć, o co tyle zamieszania.

Inny facet, wapujący i trzymający piwo rzemieślnicze, wygląda na całkowicie zaskoczonego. „Co robią przez resztę roku?” – pyta jego towarzysz.

Nikt nie odpowiada, bo nikt nie wie, więc moją misją jest dowiedzieć się. Zanim to zrobię, zaczyna się pierwszy taniec. Górny pokład przejeżdżającego autobusu szybko zamienia się w galerię aparatów telefonicznych. Dostawca zatrzymuje motocykl, filmuje przez chwilę, po czym przypomina sobie, że jedzenie mu stygnie, i odjeżdża, jakby od tego zależało jego życie.

Aaron Newbury tańczy z pałeczkami ze wstążki

Aaron przyłącza się do żeglowania (Zdjęcie: Tim Merry)

Kiedy się kończy, tłum oferuje grzeczne brawa. Muszę przyznać, że część mnie pozostaje nieprzekonana.

Potem przybywa Czarny Łabędź. Są ubrani na czarno, z farbą na oczach i dzierżą groźnie wyglądające kije. Prawdziwy olbrzym mężczyzny, z czarną brodą i w ogóle, rozpoczyna taniec rykiem, który sprawia, że ​​jedno dziecko chowa się za matką. Chowam się za parkometrem.

Następuje Camden Clog z drewnianymi deskami i akordeonem. Kontrast jest porażający. Żadnych krzyków, żadnych groźnych kostiumów. Po prostu rytmiczne zatykanie, które w jakiś sposób uspokaja cały tłum, w tym dzieci i dziennikarzy Expressu.

Następny będzie występ Black Path. „To taniec o wiedźmie, bardzo przystojnej, która uciekła z mnóstwem wróżek” – ogłasza Tony. Dziecko pyta, czy wiedźma jest w pubie. Ona nie wie. Ja też nie i, podejrzewam, Tony też nie.

Dołącza do nich postać ubrana w czaszkę jelenia z rogami. Postanawiam nie pytać dlaczego, niektóre pytania lepiej zostawić w spokoju.

Tańce trwają. Są chusteczki. Więcej ryku. Pojawia się lira korbowa, brzmiąca dokładnie tak rustykalnie, jak można sobie wyobrazić. Tancerze znów ryczą, a dzielne dziecko odpowiada rykiem. Pozostaję ukryty za licznikiem.

London Pride wykonuje Cotswold Morris – białe ubrania, dzwonki i meloniki. To wygląda jak Morris, jakiego pamiętam. Jest coś pocieszającego w dzwonkach i białych ubraniach, skoro właśnie byłeś świadkiem, jak tancerz w czaszce jelenia skacze wokół Diabła.

Nadal nie jestem przekonany. Pamiętam, że wydaje mi się to zbyt dziwne, zbyt miejskie, zbyt odległe od pól i sadów jabłoniowych.

Tancerze Black Path Morris występują na parkingu

Black Path wykonuje taniec czarownicy i wróżki (Zdjęcie: Tim Merry)

Ale potem ogłaszają wspólny taniec. Szybko otrzymuję dwa patyki ze wstążkami i współpracuje z kobietą, która przychodzi co roku. „W zeszłym roku zostaliśmy, aż skończyło się piwo” – mówi mi, jakby rzucała wyzwanie.

Mamy jedną praktykę. Carol gwiżdże i surowo patrzy na mnie, żebym zajęła wyznaczone miejsce. Podnieś kije. Pominąć. Taniec w kręgu. Pomachaj kijami. Pomiń ponownie. Pewnie, że potrafię to opanować?

Potem robimy to naprawdę, przy muzyce, a profesjonalni tancerze dopingują nas, jakbyśmy występowali w Royal Albert Hall.

I coś klika. Kostiumy nie mają znaczenia. To, że jesteśmy na parkingu w Londynie, nie ma znaczenia. Dokładnie tak wyglądał Morris w domu. Angażować się, śmiać się, podtrzymywać przy życiu coś, co prawdopodobnie wymarłoby kilkadziesiąt lat temu, ale nie chce się na to zgodzić, bo ludzie tacy jak ten tutaj po prostu na to nie pozwolą.

Oddaję kije i mieszam. „Gdybym zobaczył, jak podchodzą do mnie w metrze, pomyślałbym, że druidzi przyjechali do miasta” – mamrocze jeden z mężczyzn. Jestem skłonny się z tym zgodzić i stwierdzam, że nie byłoby to złe. Przygląda się temu mężczyzna z piersiówką, tupiąc nogami w rytm muzyki. Młodzi mężczyźni w wełnianych czapkach z jabłkami z papier-mache mówią mi, że przychodzą od lat. Ktoś bawi się w szczura domową deską. Jeśli wygrasz, postawi ci drinka.

Przejeżdżający rowerzysta zatrzymuje się, wysyła wiadomość FaceTime do taty, aby pokazać mu spektakl, po czym pedałuje w noc.

Do tańca nr 12 dzieci bez zachęty poruszają się w tłumie.

Kiedy taniec się kończy, rozmawiam z Johnnym, giermkiem (lub szefem) London Pride. „Wciągnęła mnie dawna muzyka ludowa. Wtedy przyjaciel zaprosił mnie na zajęcia do Cecil Sharp House w Camden.” Jak się dowiedziałem, jest to centrum Morrisa w kraju.

Carol jest pełna uznania dla zgromadzenia. Jej najmłodsza członkini ma ponad 30 lat, najstarsza ponad 70. „To ogromna zabawa, która utrzymuje nas w dobrej kondycji i sprzyja towarzyskości” – mówi. „Robię to od 1982 roku. Ludzie nas odwiedzają i są zainteresowani. Każdy jest mile widziany, wystarczy spróbować i dołączyć. „

Peter Kanssen (64 lata), człowiek, który zachęcił mnie do gry w lirze korbowej, robi to od 35 lat.

„Moja ówczesna dziewczyna zaprosiła mnie ze sobą. Wciągnęła mnie. To po prostu dobra zabawa. Chodzi o podtrzymanie tradycji przy życiu. Ale gdyby tradycje były nudne, nikt by tego nie zrobił. Morris wcale nie jest nudny. „

Hannah Lisserman, lat 32, inżynier danych, dołączyła, ponieważ „chciałam mieć powód, aby nauczyć się grać na melodeonie”. Lubi „rodzaj gotyckiego uroku”.

„W toalecie spotkałam panią, która zapytała, czy idę na koncert” – opowiada. „Powiedziałem jej: jestem koncertem”.

Tłum przenosi się do ogródka piwnego. Chris Hayes, właściciel, nadzoruje postępowanie. Ma na sobie kapelusz ozdobiony gałązkami i liśćmi. Wygląda jak drzewo, które postanowiło stać się człowiekiem.

Śpiewa piosenkę o jabłoni i polewa cydrem korzenie drzew rozsianych po całym ogrodzie. Następnie wieszają tosty na gałęziach. Tyle że to Tottenham, więc zamiast tego wieszają bajgle.

Stare sposoby spełniają nowy kod pocztowy. Kibicujemy, uderzamy w garnki i przechodzimy do następnego drzewa.

Holly Shelton-Newlove (29 l.) mówi mi z uśmiechem: „Nie mam pojęcia, co się dzieje”.

Wieczór kończy się wspólnym śpiewaniem w barze, aż do wyczerpania się piwa.

Obserwuję tancerkę w czaszce jelenia kupującą piwo i rozmawiającą z rowerzystą, który zatrzymał się 20 minut temu i już nie odjechał. Dziecko uczy ojca ruchów tanecznych, podczas gdy jego matka filmuje. Stali bywalcy, którzy przychodzili oczekując spokojnego sobotniego kufla piwa, przyglądają się temu ze wspaniałym rozbawieniem.

Wracając na stację, mijając policyjne wozy i posiadłość, myślę o tradycjach i o tym, jak one przetrwają.

Taniec Morrisa nie powinien działać w Tottenhamie. Powinno wymagać pól i gospodarstw oraz ludzi w woskowanych kurtkach, którzy wiedzą, co robią. Nie powinno to obejmować czaszek jelenia, piwa rzemieślniczego i bajgli zwisających z drzew.

Ale to działa, właśnie dlatego, że nikt nie powiedział tym ludziom, że nie powinno.

Zabrali coś starego i położyli na parkingu. Zabrali dzwonki, patyki i wiejski urok tego miejsca i nie pozwolili mu umrzeć tylko dlatego, że zmieniło się miejsce.

Być może wrócę w przyszłym styczniu. Nie dlatego, że nagle zrozumiałem taniec Morrisa, bo nadal kategorycznie nie.

Ale ponieważ czasami najlepsze tradycje to te, które nie mają sensu, które nalegają na przetrwanie w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, wykonywane przez ludzi, którzy po prostu nie pozwalają im odejść.

I ponieważ, jeśli mam być szczery, mam ochotę jeszcze raz spróbować tych wstążek.

Source link

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj