AJak wszyscy wiemy z historii i bieżących wiadomości, autokracja jest zła. Ale może też być nudno. Na każdą wybuchową konfrontację w Minneapolis przypada spokojniejsze, mniej namacalne zagrożenie w postaci FBI Kasha Patela przejęcie protokołów głosowania z hrabstwa Fulton w stanie Georgia – stanu, w którym Donald Trump przegrał w 2020 r. mniej niż 12 000 głosów – lub konsekwentne wdrażanie 900-stronicowy manifest przez wpływowy prawicowy zespół doradców Heritage Foundation, ale żaden z nich nie zasługuje na entuzjastyczne podejście. I tak mamy problem: jak ożywić cichą część tego, co dzieje się w USA, aby odzwierciedlić niebezpieczną, ale nudną rzeczywistość – a mianowicie, że cała sprawa nie kończy się hukiem, ale połączeniem manipulacji wyborcami i federalnej ingerencji w wybory, która podważa wiarę w proces demokratyczny.
Mówię o tym po tygodniu oglądania popularnych filmów, które odbiły się szerokim echem w USA Trumpa, a większość z nich skupia się na strzelaninach i nie wyjaśnia szczegółów tego, jak do nich dochodzi. Najnowsza, Anniversary, która rozpoczęła się w tym tygodniu Netflixa – streamer coraz bardziej niezainteresowany subtelnościami jakiejkolwiek sytuacji, nie mówiąc już o tej – przedstawia Stany Zjednoczone, w których zły prawicowy geniusz w postaci pięknej młodej kobiety namawia kraj do porzucenia demokracji za pośrednictwem (uwielbiam ten szczegół; jego czysty optymizm) poruszającego zbioru esejów.
Właściwie bardzo podobała mi się pierwsza połowa filmu, w której Diane Lane gra centrową mamę i politologa na Uniwersytecie Georgetown, próbującą utrzymać rodzinę i dyskurs w całości. W istocie jest to dramat domowy z odrobiną autokracji dla opornych na obrzeżach. Sprytne jest jednak przedstawienie ataku na demokrację w stylu orwellowskim za pomocą języka, który sprzedaje pluralizm jako wrogi „wspólności” i „jedności” – bardzo wiarygodny w dzisiejszym krajobrazie.
Tymczasem zbiór esejów nosi tytuł Zmiana i być może jest ukłonem w stronę tego zjawiska Projekt 2025mroczny prawicowy podręcznik opublikowany przez Heritage Foundation, który obecnie cieszy się realizacją na Kapitolu. Film nie ma cierpliwości do najdrobniejszych szczegółów tego, jak bestseller New York Timesa prowadzi do upadku systemu wyborczego i nowego porządku, w którym wywrotowi komicy są ścigani przez akweny przez siły paramilitarne na szybkich łodziach, a drony grożą obywatelom w ich własnych ogrodach po godzinie policyjnej.
Jeśli brzmię jak zabójca, przepraszam. Rolą naszych branż kreatywnych nie jest zachowywanie się jak szydercy polityczni (chociaż mamy na ten temat dokument o Melanii). Jednak według mnie ta porażka ma raczej charakter twórczy niż polityczny. Rozważmy wpływ adaptacji „Opowieści podręcznej” wyprodukowanej przez Hulu, w której cała groza Gileadu uderza dokładnie dlatego, że serial (a raczej materiał źródłowy Margaret Atwood) skrupulatnie łączy fakty dotyczące biurokracji związanej z tym, jak Stany Zjednoczone tam dotarły.
Mając to na uwadze, po cierpieniu przez drugą połowę rocznicy, wróciłem do filmu Alexa Garlanda „Wojna secesyjna” z 2024 r., który przedstawia Stany Zjednoczone, w których trzy stany odłączyły się od silnego prezydenta podczas jego nielegalnej trzeciej kadencji. byłem dość krytyczny o tym filmie, kiedy się ukazał; w tym tygodniu sąd najwyższy wysłuchiwał argumentów na temat zamieszek, które miały miejsce 6 stycznia, i pomimo wyśmienitych akcentów filmu – markowej przypadkowości przyłączenia się Florydy do sprawy secesjonistycznej z powodów całkowicie niezwiązanych z szerzej rozumianym powstaniem ludowym – jej apolityczny krajobraz wydawał mi się unikiem.
Poczułem, że można było wyczuć głęboką, nie do zniesienia energię zespołu kreatywnego filmu, kiedy dotarli do części z zakresu nauk politycznych, a to zmęczenie, na które my, amerykańscy wyborcy, jesteśmy bezbronni. Zawsze łatwiej jest zwracać uwagę tylko na części, w których występują eksplozje.
Z czym nam to pozostaje? Jest wielokrotny nominowany do Oscara Paul Thomas Anderson Jedna bitwa za drugąnieco inna bestia niż pozostałe dwa filmy, ponieważ ukazuje Stany Zjednoczone w uścisku brutalnego establishmentu wojskowego, którego celem jest ściganie „nielegalnych” osób – innymi słowy kraj taki, jaki jest teraz, a nie w jakiejś przyszłej dystopii. Nigdy nie przepadałem za filmami Andersona, ale ten mi się podobał, szczególnie doskonałość Seana Penna w roli pułkownika Stevena J. Lockjawa, psychopatycznego-łobuza, który absolutnie antycypował funkcjonariusza straży granicznej Grega Bovino. Odzwierciedlając powagę naszej obecnej sytuacji, film ułatwia wyobrażenie sobie przyszłych rządów terroru.
Jednak oto dziwna rzecz. Ze wszystkiego, co obejrzałem w tym tygodniu, naprawdę wywarł na mnie wpływ Wojna bohaterów, film o wiele gorszy od One Battle After Another. Film utrzymany jest w osobliwym, symbolicznym porządku sprzed ICE, w którym nawet w czasie szalejącej wojny domowej głównym zewnętrznym odniesieniem jest „Charlottesville” i czas, gdy największym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych była banda kretynów z pochodniami tiki, maszerujących na rzecz faszyzmu i uzbrojonych przez Bed Bath & Beyond. W przypadku pierwszego wydania Civil War, tak pobieżnego w szczegółach, łatwo było usiąść i stwierdzić, że „tutaj nie może się zdarzyć”. Ale od tego czasu kraj się zmienił i pomimo ograniczeń filmu, tym razem przemoc na ekranie wydała mi się nagle, niepokojąco bliższa.


















